To jest walka o przetrwanie. Tenisiści robią różne rzeczy, aby przeżyć

O narodzinach córki, egzotycznych miejscach, w których grał w tenisa oraz o podjęciu decyzji o nawiązaniu współpracy z byłym szkoleniowcem m.in. Ivo Karlovicia, Damira Dzumhura czy Janko Tipsarevicia – o tym, i o kilku niezwykle ciekawych tematach, porozmawiałem z polskim tenisistą, Adrianem Andrzejczukiem.

23-latek kilkanaście miesięcy temu był jednym z najpoważniejszych polskich kandydatów do zaznaczenia swojej obecności w rozgrywkach deblowych. Chociaż Adrian Andrzejczuk sukcesy osiągał jedynie na poziomie ITF Futures, to jednak wszystko wskazywało, że kwestią czasu jest dzień, kiedy otrzyma swoją szansę w imprezach rangi ATP Challenger. Kilka czynników złożyło się na to, że teraz musi postawić wszystko na jedną kartę. Jak sam przyznał – zdaje sobie sprawę z tego, że nadszedł “ostatni dzwonek”, aby spróbować zrobić karierę.

***

Michał Pochopień: Tunezja, Tajlandia, Wietnam, Nigeria, Dominikana, Cypr, Kuwejt. Zwiedziłeś trochę świata dzięki grze w tenisa – można cię nazwać swego rodzaju obieżyświatem. Pokuszę się o stwierdzenie, że częściej występowałeś na innych kontynentach, niż w Europie. Z czego się to wzięło?

Adrian Andrzejczuk: Wiele czynników się na to złożyło. Po pierwsze nie mam sponsorów, więc bardzo często starałem się ekstremalnie ciąć koszta. Lecąc do takich krajów wydajesz sporo pieniędzy na bilety lotnicze, ale za to życie na miejscu przy odpowiednim zorganizowaniu – mowa o korzystaniu z platformy Airbnb, miejskiego transportu, czy samodzielnym gotowaniu – jest bardzo tanie. Zatem, jak zrobisz jakiekolwiek wyniki, to jesteś w stanie pokryć znaczną cześć tych kosztów. Ważne w tym wszystkim jest także to, aby posiadać znajomości. Najprawdopodobniej, gdyby nie mój serdeczny przyjaciel, notabene prowadzący akademię w Tajlandii, to nigdy bym nie zobaczył Wietnamu oraz nie dowiedziałbym się, jaka tam jest kultura tenisowa.

Na jaki wydatek musi być przygotowany tenisista, który – powiedzmy – chce zagrać w Egipcie w dwóch czy trzech turniejach? Ilu z Was wraca do kraju nie tracąc pieniędzy?

To jest generalnie długi temat. Myślę, że gdybyśmy chcieli ludziom uświadomić, jak to funkcjonuje, to musielibyśmy zrobić osobny wywiad. Co do wyjazdów do Egiptu, to wszystko zależy od tego, czy chcesz ciąć koszta, czy nie. Jeśli tak, to masz trochę pod górkę. Głównie, jeśli chodzi o tenis. Wszystko przez zasady. Pewnie niewielu to wie, ale odpadając z turnieju, nie możesz nawet trenować na kortach, na których jest on rozgrywany. Lepiej siedzieć w oficjalnym hotelu, bowiem wtedy wychodzisz mniej więcej na zero. Co do kosztów, to musisz sobie liczyć około 70 dolarów na dobę. Z przelotami wygląda to tak, że znów masz dwie opcje – tniesz koszta, czy full wypas. Czasami nawet za 300-400 złotych możesz sobie kupić bilecik do Egiptu.

Osobiście ostatnio za drugą rundę singla i półfinał debla zarobiłem ponad 300 dolarów. I tak byłem około 120 dolarów w plecy po turnieju. Doliczmy do tego naciąganie rakiet. Mamy już 170 dolarów na minusie. Warto podkreślić to, że zawsze – nieważne, czy w Europie, Afryce, czy Azji – wszystko zależy od Ciebie. Możesz spać w hostelu za siedem dolarów na dobę, tak jak ja robiłem w Wietnamie i chodzić pieszo na korty przez 30 minut. Możesz wybrać drugą opcję i nocować w oficjalnym hotelu. Jest to wydatek rzędu 70 dolarów na dobę, ale masz zapewniony transport na korty i śniadanie pod nos.

Jaki to wszystko ma wpływ na ustawianie meczów?

Osoby, które muszą działać na własną rękę, potwierdzą, że na dzień dzisiejszy turnieje rangi ITF to jeden wielki survival. To jest walka o przetrwanie, przez co tenisiści są w stanie robić różne rzeczy, aby przeżyć. Ustawianie meczów to tylko jedna z ciemnych stron zawodowstwa. Owszem – zdarzają się tacy, którzy ustawiając mecze chcą zarobić na życie, albo żeby sobie kupić jakąś fajną furę. Słyszałem również historie o zawodnikach, którzy musieli opłacić jakaś poważną operację dla członka rodziny. Generalnie – różnie bywa.

W 2017 roku roku pokonałeś Joao Menezesa, który wówczas był notowany na 495. miejscu na świecie. Dziś on jest zawodnikiem z czwartej setki rankingu ATP, regularnie występuje w zawodach rangi ATP Challenger Tour, a Twojego nazwiska nie ma w tej klasyfikacji. Co poszło nie tak?

Powiem szczerze, że rozegrałem wiele zaciętych meczów z tenisistami, którzy teraz rywalizują na Challengerowym poziomie. Niejednokrotnie pokazałem na co mnie stać i jak potrafię zagrać, kiedy osiągnę stan „flow”. Z kolei na to, że jestem, gdzie jestem, składa się kilka czynników. Przede wszystkim nie miałem odpowiedniej mentalności. Dużo głupot, wiele złych podjętych decyzji, brak odpowiedniego sztabu szkoleniowego, który ci wskaże drogę i zmniejszy margines popełnianych błędów. Samotna tułaczka, wszystko było na mojej głowie. Byłem własnym menedżerem oraz zawodnikiem w jednym. To oczywiście zbyt wiele, jak na jedną osobę. W Polsce realia są, jakie są. W mojej sytuacji naprawdę trudno rywalizować z przeciwnikami, którzy już na wstępie mają nade mną ogromną przewagę.

Przede wszystkim można Cię kojarzyć z sukcesów w deblu. Wraz z Mateuszem Smolickim wygraliście trzy Futuresy, z dobrej strony pokazaliście się w Szczecinie, gdzie w 2016 roku doszliście do ćwierćfinału ATP Challenger Tour. Patrząc obiektywnym okiem – posiadaliście potencjał, aby osiągnąć coś więcej, niż wspomniane trzy tytuły w ITF-ach. Dlaczego po owocnym 2016 roku w kolejnym sezonie graliście ze sobą rzadziej, aż zakończyliście współpracę. Kluczowe było rozpoczęcie studiów przez Smolickiego, czy możliwość nauki w Stanach Zjednoczonych pojawiła się później?

Od czasów juniorskich wierzyłem w to, że ja i Mateusz możemy być kolejną słynną polską parą deblową. Sądziłem, że przy odpowiednich treningach, systematyczności i dobrym planowaniu startów zrobimy szybki skok do najlepszej setki na świecie. Od początku namawiałem Smolickiego oraz jego tatę, aby jak najwięcej grać, bo robiliśmy dobre wyniki i warto byłoby pójść za ciosem. W pewnym momencie dowiedziałem się, że rezultaty Mateusza zaciekawiły amerykańskie uczelnie, które chciały go u siebie. Podjął decyzję, że przeniesie się do Stanów Zjednoczonych i nasze nastawienia się zaczęły różnić. Z czasem mieliśmy również odmienne zdania na różne tematy i suma sumarum musieliśmy się rozstać. Mam nadzieję, że w Stanach wiedzie mu się dobrze i oczywiście życzę mu jak najlepiej!

Nie masz wrażenia, że w pewnym stopniu nie wykorzystałeś swojej szansy? Byłeś 375. deblistą świata. Przy odrobinie szczęscia, i kilku kolejnych dobrych startach w Futuresach, mogłeś powoli myśleć o imprezach ATP Challenger Tour..

Oczywiście, że mam to w głowie. Wszyscy byli pewni, że mogę zrobić deblową karierę. Utrzymywałem dobrą formę, regularnie notowałem pomyślne starty – wtedy przyszedł czas, kiedy musiałem się zastanowić – stawiam na grę podwójną i szukam swoich szans w słabiej obsadzonych turniejach rangi ATP Challenger Tour, czy jest jeszcze za wcześnie na taką decyzję i warto wierzyć w sukces w singlu. Wtedy ja i mój ówczesny trener, Tomek Grygoruk, zadecydowaliśmy, że właśnie jest na to za wcześnie. W końcu byłem notowany w okolicy 800. miejsca w rankingu singla. Pamiętam, że wtedy odpuściłem występ Challengerowy w Finlandii, gdzie moim partnerem miał być Alexander Pavlioutchenkov (obecnie 188. deblista świata – przyp. red.). Potem rozstałem się z trenerem i można powiedzieć, że rozpoczęła się moja tułaczka. A mogło wyjść z tego coś naprawdę dużego, bo byłem pierwszym młodym Polakiem z mojego pokolenia, który robił takie wyniki. Podejrzewam, że gdybym zaczepił się o Challengery, to nie musiałbym już wracać do zmagań w Futuresach..

Czy wyjazd do Włoch, gdzie teraz trenujesz, można nazwać postawieniem wszystkiego na jedną kartę?

Tak, i to dosłownie. Po reformie rozgrywek ITF chciałem w styczniu zagrać kilka turniejów, aby na własnej skórze przekonać się, jak to wygląda. Wcześniej byłem u przyjaciela (u Jose Vidala Azorina – przyp. red) w Hiszpanii, gdzie miałem okazję z nim potrenować. Później poleciałem do Egiptu – tam pograłem nieźle, ale ogólnie rzecz biorąc poziom był bardzo wysoki (Andrzejczuk dwa razy opadł w drugiej rundzie – dwukrotnie musiał uznać wyższość Lukasa Kleina. Słowaka śmiało można nazwać królem egipskich zmagań w 2019 roku – wygrał tam już trzy turnieje i może pochwalić się serią 15 zwycięstw z rzędu – przyp. red). Jakby nie patrzeć – skorzystałem na tym wyjeździe. Chociażby dlatego, że miałem okazję trenować z Chun Hsinem Tsengiem, czyli najlepszym juniorem na świecie. Właśnie od niego oraz jego teamu bardzo dużo się nauczyłem.

Wracając do tematu egipskich występów, to generalnie lubię mocno obsadzone turnieje. Lubię wyzwania – rywalizacja z trudnymi przeciwnikami powoduje, że ciągle muszę się poprawiać.

W każdym bądź razie – ostatnie starty nie zmieniły mojej sytuacji – słaby ranking, powiększenie rodziny, brak odpowiednich funduszy. To spowodowało, że po powrocie odwiesiłem rakietę. Musiałem zacząć rozmyślać nad planem B. Zadecydowałem, że poukładam sobie sprawy na miejscu, później rozpocznę odpowiednie przygotowania i polecę na dwa, kto wie, czy nie ostatnie, turnieje. Wcześniej jednak postanowiłem wybrać się na kurs trenerski GPTCA, gdzie wykładowcami byli dwaj zawodnicy niegdyś notowani w TOP 50 rankingu ATP i Alberto Castellani. Wiedziałem, że oprócz papierku, mogę również dowiedzieć się wiele cennych rzeczy, które przydadzą się mi, jako zawodnikowi. Właśnie między innymi dlatego Alberto zwrócił na mnie uwagę, gdyż z grona kursantów byłem jedynym czynnym tenisistą.

Właśnie. Alberto Castellani zajmował się karierami Ivo Karlovicia, Janko Tipsarevicia czy Damira Dzumhura. Nikomu nie trzeba przedstawiać tych tenisistów. Co tak doświadczonego oraz spełnionego szkoleniowca skłoniło do pracy z zawodnikiem, który przecież rywalizuje na dużo niższym poziomie niż chociażby wspomniana trójka?

Dobre pytanie, wiele razy rozmawiałem z nim na ten temat (śmiech). Myślę, że przemówił do niego chociażby fakt, iż ominąłem poród mojej córeczki i jechałem pociągiem przez 16 godzin, aby dotrzeć na kurs trenerski w Niemczech. Wrażenie na nim zrobiło również to, że naprawdę bardzo chcę grać w tenisa i szukam wszelakich sposobów, aby wydostać się z błędnego koła. Po wspólnym treningu powiedział mi, że mam dobrą technikę, świetnie się poruszam i jestem dobrze zbudowany. Stwierdził, że posiadając takie “papiery” na granie, nie mogę tego zmarnować i nie mogę skończyć z zawodową grą. Umówiliśmy się na treningi we Włoszech, bo chciał się przekonać, czy z jego pomocą jestem w stanie wskoczyć na wyższy szczebel. Podsumowując, to według niego mam to coś. A ja zyskałem trenera, który jest dla mnie ogromnym autorytetem. Wiem, że nie zostało mi zbyt dużo czasu i wszystko stawiam na jedną kartę. Albo grubo, albo wcale.

Opublikowany przez Adrian Andrzejczuk Niedziela, 31 marca 2019

Plan awaryjny przygotowany, czy skupiasz się na tym, że po prostu musi się udać?

Przygotowałem się na to podczas dwumiesięcznej przerwy od startów. Zrobiłem w tym czasie wspomniany kurs trenera, trenera mentalnego oraz uczestniczyłem w szkoleniach o psychologii sportowej. Dodatkowo wykonałem odpowiednie ruchy, które będą zabezpieczeniem w razie niepowodzenia. Oczywiście – nie musi się udać, ale całą swoją energię skupiam na tym, iż wszystko zakończy się pomyślnie.

Jak sobie radzisz z krytyką? Jestem przekonany, że miałeś “okazję” się z nią przynajmniej kilka razy spotkać..

“Czy w jego przypadku jest sens kontynuować karierę? Może nich sobie ten Andrzejczuk lepiej da spokój? Przecież całe życie jest 800/900. na świecie”. Nie wiem czy ludzie wiedzą, ale oprócz tego, że utkwiłem na tej pozycji, to warto wspomnieć, iż w wieku 16 lat ja przegrywałem na mistrzostwach województwa z zawodnikami, którzy nie byli nawet w TOP 40 w kategorii wiekowej w Polsce! Nigdy w życiu nie pomyślałem, że będę zdobywał medale na mistrzostwach Polski albo grał na arenie międzynarodowej. Wielu polskich zawodników – czy to z mojego rocznika, czy starszych – po prostu dogoniłem albo prześcignąłem w błyskawicznym tempie. Jedyne, co dostałem od PZT przez ten okres, to pięć tysięcy złotych i jeden dwutygodniowy wyjazd do Grecji. Myślę, że w porównaniu do innych tenisistów, przy których mój ranking wyglądał lepiej, to zdecydowanie za mało. Tutaj muszę podziękować moim rodzicom, dzięki którym mogłem walczyć o przetrwanie na arenie międzynarodowej. Mimo wszystko jestem z siebie dumny i dzięki nowemu trenerowi wierzę w sukces. W przyszłości chciałbym się podzielić tymi wszystkimi przeżyciami, pomagać zawodnikom, którzy chcą podążać podobną ścieżką, a także dołożyć cegiełkę do rozwoju polskiego tenisa.

Kilkanaście dni temu urodziła się Twoja córka Hanna – ogromne gratulacje! Jakie myśli kotłowały się w Twojej głowie? Długo zastanawiałeś się nad tym, czy to jest właściwy moment na podjęcie decyzji o kolejnej próbie zrobienia kariery?

Pierwsze co pomyślałem, to cieszyłem się z tego, że będę miał swojego potomka i będę miał swoją małą rodzinkę, dla której zrobię wszystko i chciałbym ją uszczęśliwić. Piękne uczucie. Hania może liczyć tylko na mnie i swoją mamę, więc kto jak nie ja ma jej zapewnić bezpieczeństwo w przyszłości? Na szczęście moja partnerka jest bardzo wyrozumiała i odciąża mnie, jeżeli chodzi o małą. Jestem jej za to bardzo wdzięczny, choć wiem, iż jest jej z tym trudno. Zwłaszcza, że wracam do kraju na kilka dni co półtorej miesiąca.

Myślę, że temat przeprowadzki do Włoch na razie nie wchodzi w grę. Alberto mi proponował takie rozwiązanie, ale Hania jest za mała, a moja dziewczyna ma swoje plany. Natomiast moja przeprowadzka do Sanoka, czy jakiegokolwiek innego miasta w Polsce – wiązałaby się z jednoczesnym końcem kariery. Póki co jest, jak jest i muszę się skupić na graniu. Dać z siebie wszystko i za kilka miesięcy spojrzeć w lustro i odpowiedzieć sobie na pytania. W międzyczasie chciałbym odłożyć pieniądze, które przeznaczyłbym chociażby na opłatę wynajmu małego mieszkania dla mojej rodziny.

Na koniec chciałbym pozdrowić wszystkie osoby, które trzymają za mnie kciuki. Jestem dumny z tego, że pochodzę z małej wioski i zawsze podkreślam, iż pamiętam skąd jestem. Mam nadzieję, że dam Wam jeszcze wiele pozytywnych emocji!

fot. archiwum prywatne Adriana

Dodaj komentarz

UA-120295791-1