Tenis jest na drugim, albo nawet i trzecim miejscu

Wspominając przygotowania do rozmowy z Florinem Mergeą pamiętam, że żaden z dotychczasowych wywiadów nie emocjonował mnie tak bardzo. Przede wszystkim miałem do czynienia z zagranicznym tenisistą, który w przeszłości osiągał ogromne sukcesy – był juniorskim mistrzem Wimbledonu, zdobył srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich, wygrał siedem deblowych turniejów na poziomie ATP, czy był siódmy na świecie. Dorobek niesamowity, ale największe wrażenie zrobiło na mnie jego podejście do życia. Mężczyźni rzadko potrafią wprost mówić o swoich wartościach, szczególnie nowo poznanym osobom, a Mergea bez żadnych zahamowań zdradził mi, co jest dla niego najważniejsze.

Jak przeczytacie w kolejnej linijce, ten wywiad kilka miesięcy “dojrzewał” w szufladzie, ale wreszcie go macie. Zapraszam do zapoznania się z kolejnym niedzielnym artykułem.

(Wywiad przeprowadzony 13 września 2019 roku, podczas turnieju Pekao Szczecin Open)

Michał Pochopień: Kilka lat temu, w 2015 roku, byłeś na najwyższej pozycji w karierze – zajmowałeś siódme miejsce w deblowym rankingu ATP. Zdobyłeś srebrny medal w parze z Horią Tecau na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro. Masz na swoim koncie siedem wygranych turniejów ATP, grałeś w wielu finałach. Skąd jest w Tobie tyle energii, aby teraz przebijać się przez turnieje rangi ATP Challenger Tour?

Florin Mergea: W zasadzie najwięcej zmieniło to, że wraz z moją żoną zostaliśmy rodzicami. Po narodzinach małego skupiliśmy się na nim i na jego dorastaniu. Po kilku miesiącach stwierdziłem, że może warto byłoby spróbować jeszcze raz. W końcu, nie robię tego po raz pierwszy, w przeszłości już wracałem do tenisa. A, że jestem pewny swojego wysokiego poziomu i współpracuję ze świetnym partnerem, jakim jest Andre Begemann, to jestem dobrej myśli. Tworzymy naprawdę dobrą parę. Zdajemy sobie sprawę z tego, że przez pół roku, albo rok, będziemy musieli grać na poziomie ATP Challenger Tour, ale naszym ostatecznym celem jest powrót do głównego cyklu.

Miałem przyjemność oglądać Twoje mecze w Sopocie oraz w Szczecinie. Otrzymujesz niebywałe wsparcie od Twojej żony, Dajany, która jednocześnie niesamowicie emocjonuje się meczami z Twoim udziałem, a przy okazji zajmuje się Waszą pociechą oraz psem. Ona podróżuje z Tobą na każdy turniej?

Tak. Odkąd skupiłem się na deblu, co miało miejsce w 2010 roku, postanowiliśmy, że będziemy to robić razem. Jesteśmy ze sobą razem w każdym pojedynczym tygodniu.

Pozostając w tym temacie – jak trudne jest cotygodniowe podróżowanie na turnieje wraz z małym dzieckiem, które ma za sobą dopiero pierwsze miesiące na tym świecie. Jak to wpływa na jego dorastanie?

Cóż, oczywiście zmienia się wiele rzeczy. Uważam, że znaleźliśmy odpowiedni balans. Mały oczywiście jest na pierwszym miejscu, ale jego obecność pomaga mi w grze w tenisa. Trudno znaleźć większą motywację. Ja teraz nie gram dla siebie, albo dla Dayany. Gram głównie dla niego, ale także dla całej naszej trójki. Wracając do głównej części Twojego pytania, myślę, że zwiedzanie świata w tak młodym wieku może być dla niego tylko dobre. Słyszy nowe języki, poznaje nowe miejsca – jak dla mnie to same pozytywy.

Gdyby Twoja żona wraz z synem Noahem postanowili zostać w Rumunii, to czy Ty zdecydowałbyś się na powrót do touru po kontuzji?

Nie. Jeśli oni zostają w domu, to w domu zostaję także i ja. Powiedziałem Ci już, że wszystko robimy razem jako rodzina. To jest dla nas najważniejsza zasada. Tenis jest na drugim, albo nawet i trzecim miejscu. Jeśli zostajemy w domu, to zostajemy wszyscy. Jeśli podróżujemy i jeździmy na turnieje, to także w komplecie.

W 2019 roku planowałeś grać z Frankiem Danceviciem, Wasze plany były długoterminowe – począwszy od występów w turniejach ITF, kończąc na biciu się o triumfy w najważniejszych turniejach. Ostatecznie razem zagraliście tylko w jednej imprezie. Co było tego powodem?

Wszystko zaczęło się bardzo dawno, bo od długiego czasu się znamy – razem graliśmy już jako juniorzy. Przed planowanym rozpoczęciem współpracy trenowaliśmy razem z Danielem Nestorem, a co ciekawe, na dobrą sprawę to on był pomysłodawcą utworzenia takiej pary. W zimie pilnie trenowaliśmy u mnie w Rumunii, ale ostatecznie Frank podjął decyzję o definitywnym zakończeniu gry. Rozpoczął także współpracę z Denisem Shapovalovem i został kapitanem reprezentacji Kanady w Pucharze Davisa. Rozumiem jego decyzję, bowiem każdy z nas chce robić to, co nas cieszy. Jeśli to mu sprawia przyjemność, to podjął najlepszą decyzję.

Przed sukcesami w deblu, byłeś obiecującym juniorem. Wygrałeś juniorski Wimbledon, doszedłeś do finału US Open, byłeś drugim juniorem na świecie. Kariery w singlu jednak nie zrobiłeś. Czy po kilkunastu latach jesteś w stanie wskazać, co poszło nie tak?

Na to, że poprzestałem gry singlowej i, że nie zrobiłem w niej kariery, złożyło się wiele czynników. Pierwszy i najpoważniejszy z nich, to kontuzje. Wiele kontuzji. Gdy udało mu się wyleczyć jedną, przytrafiała się kolejna. Nawet, jeśli nie była ona poważna, to wykluczała mnie z gry na dwa czy trzy miesiące. Po drugie – kraj, który reprezentuje, nie jest krajem, od którego można dostać odpowiednie wsparcie. Prawdopodobnie byłem jednym z najlepszych juniorów w historii tego kraju, ale co z tego. Nie otrzymałem żadnego wsparcia. Kto wie, jaka byłaby ta historia, gdybym reprezentował inny naród. Co z tego, że wygrywałem z takimi zawodnikami, jak Jo-Wilfried Tsonga, Andy Murray, Tomas Berdych czy Gael Monfils? Ja i mój ojciec byliśmy w tym wszystkim sami, nie byliśmy bogaci. To powody, przez które w 2010 roku postawiłem na grę podwójną.

Nigdy nie będę spełniony, bo uważam, że było mnie stać na wielkie rzeczy. Nawet, jeśli byłem siódmy na świecie w deblu, to nie uważam tego za ogromny sukces.

Pozostając w temacie Rumunii, w Polsce często mówi się, że nie ma u nas jakiegokolwiek systemu szkolenia. Jak ta sytuacja, z Twojej perspektywy, wygląda w Twoim kraju?

Nie ma czegoś takiego, jak system. On po prostu nie istnieje. Musimy liczyć na wsparcie rodziny. Sponsorzy nie są skorzy do inwestowania w zawodników. Wszyscy dookoła muszą się poświęcać, aby zdobyć pieniądze potrzebne na podróże, trenerów czy sprzęt.

W 2019 roku zagrałeś we wszystkich polskich turniejach rangi ATP Challenger Tour – w Poznaniu, Sopocie oraz w Szczecinie. Wraz z rodziną dobrze czujecie się w naszym kraju?

Tak, z Dayaną czujemy się bardzo dobrze w Polsce. Mamy blisko do domu, ludzie są naprawdę wspaniali, nie mamy problemów ze znalezieniem tego, co jest nam w danej chwili potrzebne. Miasta są bardzo ciekawe, posiadają wiele intrygujących historii, a że my lubimy dużo spacerować, to jest to dla nas ogromna zaleta.

Od 2019 roku współpracujesz z Andre Begemannem, z którym rozegrałeś już kilkadziesiąt wspólnych turniejów. Od samego początku celowaliście w długotrwałą kooperację, czy wszystko się zaczęło od dogadania się na jeden start?

Rozmawialiśmy ze sobą już w 2018 roku i od samego początku planowaliśmy utworzyć stałą parę. Taka decyzja jest kluczowa, jeśli obaj chcemy wrócić na najwyższy poziom. W pojedynkę jest to dużo trudniejsze, a że współpracuje się nam bardzo dobrze, świetnie się komunikujemy, to zamierzamy kontynuować wspólne starty.

“Nie znam nikogo, kto teraz myśli o tenisie” – wpływ koronawirusa na życie tenisistów

Dodaj komentarz

UA-120295791-1