Synonim zmarnowanego talentu

Jeśli się nad tym głęboko zastanowimy, to więcej jest zmarnowanych talentów tenisowych, niż tych, które faktycznie spełniły oczekiwania. Ile jest w tym prawdy? Trudno ocenić. Współczesny świat – bez znaczenia w jakiej dziedzinie – przyzwyczaił nas do tego, że łatwiej działać jest tym, którzy mają ten komfort i mogą pracować w spokoju, bez towarzyszących temu oczekiwań. Tymczasem w czarnej dupie są ci, którzy od zawsze są na świeczniku i śledzi się każdy ich ruch. Wykorzystuje się każde ich potknięcie, aby wbić szpilkę, zacytować słowa, które zostały wypowiedziane wcześniej, a teraz nie mają odniesienia w rzeczywistości. W takiej sytuacji przez wiele lat zawodowej kariery znajdował się Donald Young – tenisista, który już w wieku 14 lat został określony dzieciakiem, który może przywrócić Amerykanom świetlane czasy Pete’a Samprasa, Andre Agassiego, Michaela Changa czy Jima Couriera. Tenisista, który wpadł w sidła wczesnego sukcesu. Sukcesu, który uniemożliwił mu późniejsze wejście na szczyt.

Jest 2004 rok. Program Trans World Sport zamierza znaleźć kolejnego zdolnego nastolatka, który za kilka lat stanie się kimś wielkim. W przeszłości mieli do tego nosa – tuż przed zaprezentowaniem bohatera tego odcinka chwalą się, że jako pierwsi dali światu szansę na poznanie Tigera Woodsa, Sereny i Venus Williams, Lebrona Jamesa, czy francuskiego piłkarza Thierry’ego Henry’ego. Kolejnym młodzieńcem, który dołączy do tego grona, ma być 14-letni Donald Young.

Chcę wygrać każdy turniej wielkoszlemowy więcej niż jeden raz – to pierwsze słowa Younga do kamery Trans World Sport. Ponad 15 lat po tej obietnicy wiemy już, że nie wszystko poszło po jego myśli, a ta obietnica brzmi, jak żywcem wyciągnięte z działu fantastyka.

Scenariusz doskonały

Donald Young Jr. nie pamięta swoich początków z tenisem, ale jego rodzice, zresztą fanatycy tego sportu, którzy poznali się podczas amatorskiego turnieju, robili wszystko, aby ich syn na korcie spędzał jak najwięcej czasu. I tak już w wieku trzech lat nie miał problemów z rozgrywaniem wymian, a mając 10 lat miał okazję stanąć na jednym boisku z wielkim Johnem McEnroe, który wtedy powiedział: – To pierwsza osoba, jaką widziałem, która ma takie ręce do tenisa, jak ja. Tenisista dorastający w południowej części Chicago nie miał sobie równych w kategorii wiekowej, w której rywalizował. Szybko zauważyli to jego sponsorzy – Nike i Head – którzy namówili go i jego rodziców, aby ten w wieku 14 lat przyjął status profesjonalisty. To wydarzenie nie przeszło bez echa, bowiem wówczas przecież robiono wiele, aby uniknąć wczesnego wejścia dzieciaków w wielki sport i zachęcano, by dać im jeszcze kilka lat rywalizacji w juniorskich rozgrywkach.

Young, poza ogromnym talentem i “tym czymś”, co można było od razu dostrzec w jego grze, wyróżniał się też byciem. Ze względu na kolczyki i czapeczkę, która dodawała mu dojrzałości, miał być kimś, kto sprawi, iż męski tenis zyska nowy wygląd. Coś na wzór jeansowych spodenek Agassiego, czy pirackich bermudów Rafaela Nadala, które dodawały temu sportowi kolorytu.

Ekscentryczny wygląd i potencjał to jednak nie wszystko, co Young miał do zaoferowania. Po tym, jak w 2004 roku, jeszcze jako 14-latek, rozegrał swoje pierwsze mecze na zawodowym poziomie (w turnieju ITF oraz eliminacjach do imprezy ATP w Los Angeles), rok później okazał się najlepszy podczas juniorskiego Australian Open, tym samym stając się najmłodszym zawodnikiem, który wygrał tego typu turniej, oraz który wdrapał się na pierwsze miejsce rankingu ITF.

Świetne wyniki, wyśmienite warunki do rozwoju, wzięcie go pod skrzydła agencji IMG, wsparcie od marek wiele znaczących na rynku tenisowym. Scenariusz doskonały, prawda?

Zawodowe początki

Young bardzo szybko zderzył się z rzeczywistością, która – jak później się okazało – czekała na niego w zawodowym tourze. Amerykanin w 2005 roku dostał kilka okazji sprawdzenia się na poziomie ATP. Na kort, dzięki uprzejmości organizatorów, którzy przyznawali mu dzikie karty, w tych rozgrywkach wyszedł dokładnie siedem razy i wszystkie mecze przegrał bez walki. W tym sezonie dwa razy zaznał smaku zwycięstwa, jednak nikogo to nie obchodziło, bo miało to miejsce w zawodach pod egidą ITF. Już tutaj można sobie uświadomić, w jakiej pułapce znalazł się Young. Był krytykowany za to, że jako 15-latek przegrywa mecz za meczem na poziomie ATP, a gdy doszedł do ćwierćfinału imprezy ITF, nikt nie zwrócił na to uwagi. Oczekiwania względem jego osoby były naprawdę ogromne.

Czara goryczy przelała się w marcu 2006 roku, kiedy to Young w pierwszej rundzie turnieju Miami Open przegrał 6:0, 6:0 z Carlosem Berlocqiem, który w następnej fazie zmagań w takim samym stosunku został zmiażdżony przez Jamesa Blake’a.  W tym czasie Donald sprawiał już wrażenie chłopaka, który upadł psychicznie. Wyglądało to tak, jakby każda kolejna porażka stawała się dla niego codziennością. Wówczas zaczęto się zastanawiać, czy rodzice nie popełnili błędu tak szybko rzucając go na głęboką wodę?

Donald Young Sr. nie zamierzał owijać w bawełnę i wprost przyznał, dlaczego jego syn jeździ na turnieje ATP i przegrywa mecz za meczem, zamiast ogrywać się w imprezach ITF, które w tym momencie bardziej odpowiadały jego poziomowi. – Jeśli masz okazję zagrać w zawodowym turnieju, w którym zarobisz pięć lub dziesięć tysięcy dolarów przegrywając w pierwszej rundzie, albo zagrać w Futuresie, gdzie za odpadnięcie po pierwszym meczu zarobisz 137 dolarów, to co wybierzesz? – zaczął retorycznie ojciec tenisisty. – Tutaj mamy opłacony hotel, jest samochód, którym możemy jeździć ile chcemy. Czy to można w jakiś sposób porównywać?

Young Sr. wtedy nie rozumiał, że o ile ich portfel robi się grubszy, a życie wygodniejsze, tak sfera mentalna jego syna ponosi ogromną stratę.

Najlepszym potwierdzeniem powyższego zdania jest fakt, że nastoletni Young myślał o zakończeniu kariery. Seryjne porażki na poziomie ATP spowodowały, że tenisista, który jak burza przechodził przez juniorskie rozgrywki i był najbardziej pewnym siebie gościem w okolicy, zaczął poważnie kwestionować swoje umiejętności. – Czułem, że nie jestem wystarczająco dobry. Czułem, że powinienem pójść do szkoły, jak inni, a to wszystko zostawić. Czułem, że nie zasługuję na bycie w szatni z tymi wszystkimi tenisistami – mówił wówczas na łamach New York Timesa.

Kłopoty pojawiły się także w relacji na linii rodzice – Young Jr. Donald nie miał zamiaru ich słuchać, nie chciał trenować. Jego jedyną przyjemnością były spotkania ze znajomymi. W czasie, gdy wszyscy myśleli, że jego jedynym problemem jest znalezienie swojej drogi, jako profesjonalnego tenisisty, on musiał poradzić sobie również z okresem dojrzewania.

Oczyszczenie

2006 i 2007 rok były dla Younga zdecydowanie łagodniejsze. Przede wszystkim dlatego, że organizatorzy turniejów ATP nie byli już tak skorzy do rozdawania mu dzikich kart, co dla niego okazało się wręcz zbawienne. Wprawdzie nadal daleko było mu do sukcesów, których od niego oczekiwano, ale w 2006 roku wygrywał pojedyncze mecze w turniejach ITF oraz ATP Challenger Tour, aby rok później wygrać dwa zawodowe turnieje – w kwietniu triumfował w Futuresie w Arkanas, a w lipcu bez straty seta okazał się najlepszy w Aptos. W między czasie przypomniał o sobie wśród juniorów i zdobył drugi wielkoszlemowy tytuł na Wimbledonie. Sam tenisista zdecydowanie ostrożniej podchodził do tego, co mówił. Z jego ust nie można było już usłyszeć hucznych zapowiedzi, nie chciał już pobijać rekordów swojego idola Pete’a Samprasa. – Teraz nie obciążam się oczekiwaniami. Chcę tylko utrzymać pozycję w rankingu – zapewniał Young, który w 2007 roku, na jeden tydzień, wszedł do TOP 100 rankingu ATP. Te wypowiedzi jednak nie do końca były skromne, a bardziej bojaźliwe. Mimo dobrych miesięcy, kilkudziesięciu wygranych meczów, obrażenia, których doznał na początku swojej zawodowej przygody, pozostawiły rany nie chcące się zagoić.

Co dalej?

Można odnieść wrażenie, że z każdym kolejnym miesiącem w Stanach Zjednoczonych godzono się z tym, że z tej mąki chleba nie będzie. Wprawdzie Young co jakiś czas przypominał o sobie sporadycznymi sukcesami na poziomie ATP Challenger Tour oraz jednorazowymi wybuchami dobrej dyspozycji w głównym cyklu, to jednak coraz częściej mówiono o nim jako o graczu, który nie poradził sobie z ciężarem bycia “cudownym chłopakiem”, niż o tenisiście, którego nadal stać na wielkie granie. Co chwilę pojawiały się głosy, że największym problemem byli jego rodzice – Illona Young oraz Donald Young Sr. Wielokrotnie starano się odciąć pępowinę, ale nic z tego. Patrick McEnroe, który w latach 2008-2014 zajmował się w USTA rozwojem graczy przyznał, że “podjęto wiele wysiłków, aby zapewnić mu więcej pomocy z zewnątrz”. Napięcie wzrosło w 2011 roku, kiedy to Young Jr. napisał na Twitterze “Pie*dolona USTA! Spieprzyliście mnie po raz ostatni”. Wprawdzie wpis został szybko usunięty, to jednak nie obyło się bez konsekwencji, bo tenisista nie otrzymał dzikiej karty od federacji na wielkoszlemowe French Open. Ekscesów na linii rodzima federacja – Young było jeszcze przynajmniej kilka. Także w tym wielu ekspertów doszukuje się powodów, przez które wonderkid z Chicago na zawsze pozostanie wonderkidem, a nie wielkim tenisistą.

Choć w kolejnych latach wydawało się, że Young dojrzał, to jednak nie miał już szans na to, co wydawało się kluczowe. Wszystko, co kilka lat wcześniej zajmowało mu głowę, czyli nadmierna presja, trudność radzenia sobie z oczekiwaniami, problemy z USTA, brak umiejętności odcięcia się od rodziców, spowodowało, iż jako sportowiec stracił najlepszy czas na rozwój. Bezpowrotnie stracił okres, w którym mógł zanotować największy progres.

Young najwyżej w karierze był notowany na 38. miejscu w rankingu ATP, co miało miejsce ponad osiem lat temu – 27 lutego 2012 roku. Chociaż na świecie jest wielu tenisistów, którzy mogą jedynie pomarzyć o takim osiągnięciu, to jednak w jego przypadku bez wątpienia jest to porażka. Nie tylko dlatego, że zwiastowano mu wielką karierę, ale również przez to, że przez kilkanaście lat w tourze nigdy nie zaznał stabilizacji. Amerykanin wzloty i upadki zaliczał częściej, niż niektórzy zmieniają bieliznę, a fani tenisa, którzy od kilku lat są na bieżąco, najpewniej kojarzą go z rasistowskich afer. W 2016 roku Daniil Medvedev został ukarany dyskwalifikacją z meczu z Youngiem za to, że nazwał czarnoskórą sędzinę przyjaciółką jego rywala. Dwa lata później bohater tego artykułu oskarżył o rasizm swojego rodaka – Ryana Harrisona.

W międzyczasie Young zaliczał spadek w dół rankingu. Obecnie mowa o 306. tenisiście rankingu ATP, który ma problem z wygraniem kilku meczów na poziomie ATP Challenger. Tak nisko nie był notowany od 2007 roku, kiedy to po serii porażek wychodził na prostą. 30-latek na zawsze pozostanie tenisistą, który będzie symbolem zmarnowanego talentu. Nawet Bernard Tomic, który powszechnie jest nazywany największym zmarnowanym talentem XXI wieku, osiągnął o wiele więcej, niż Young. W końcu tenisista z Sydney był 17. rakietą świata, wygrał cztery turnieje ATP i osiągnął ćwierćfinał Wimbledonu.

W dzisiejszych czasach bardzo często liczy się tylko to, co jest tu i teraz. Tymczasem sukces mierzy się w latach. Dlatego opowiednie planowanie jest szczególnie istotne w przypadku młodych tenisistów, którzy potrzebują wokół siebie odpowiedzialnych ludzi. Nie twierdzę, że rodzice Younga tacy nie byli. Oni jednak nie mieli bladego pojęcia, jak zarządzać nastoletnim synem, któremu wydawało się, że ma świat u stóp.

Współczesny odpowiednik Donalda Younga

Na dobrą sprawę co kilka miesięcy jesteśmy świadkami objawienia się “przyszłego numeru jeden”. Tenisistą, który według mnie może pójść niechlubnym śladem bohatera tego artykułu, jest Holger Rune. Duńczyka łączy bardzo wiele ze swoim starszym kolegą. Podobnie, jak on, wygrał juniorskiego szlema, a także wdrapał się na szczyt rankingu ITF. Rune, tak samo jak Young, nie zdążył jeszcze zadomowić się z najniższym szczeblem zawodowego touru, a już dostał możliwość zaprezentowania się w turniejach ATP i ATP Challenger Tour. Nie trzeba być znawcą ludzkich umysłów, aby zdać sobie sprawę z tego, że Rune będzie miał problem z mentalnym nastawieniem się do konieczności przebijania się przez “tenisowe peryferia”. W końcu mowa o tenisiście, który obecnie jest notowany w dziewiątej setce rankingu ATP, więc chcąc, nie chcąc – będzie to konieczne.

Na pewno nie pomaga mu w tym także parcie na szkło, które można zauważyć w przypadku jego osoby. Śledząc jego kanały w mediach społecznościowych na każdym kroku można znaleźć posty, które nie są pisane z serca nastolatka, albo tuziny akcji promocyjnych, nie mających nic wspólnego z tenisowym rozwojem. Rune jeszcze nie zdążył chociażby błysnąć w świecie wielkiego tenisa, a już staje się celebrytą. Nie wiem, na ile to efekt marketingowych poczynań, a ile w tym jest jego indywidualnych działań, ale o ile obecnie może mu to pomóc w chwilowym znalezieniu kilku sponsorów, tak w przyszłości, przy każdym drobnym niepowodzeniu, może tworzyć rany. Rany, które nigdy nie pozwoliły zaprezentować pełni potencjału Donaldowi Youngowi. Podobieństwo jest wręcz ogromne.

***

Co by się nie działo w kolejnych latach jego tenisowej kariery, których już wiele mu nie zostało, bo mowa o tenisiście, który w tym roku skończy 31 wiosen, Young dla wielu z nas już na zawsze zostanie wiecznie młodym Youngiem. Forever Young.

2 komentarze

  • Kasia Gru 28 kwietnia 2020 Reply

    Wciągająca, dobrze napisana historia. Gratuluję tego tekstu, tym bardziej, że na pewno wymagał on solidnego researchu. Tak trzymaj! Pozdrawiam i czekam na kolejne posty.

  • royston 10 maja 2020 Reply

    Fajen

Dodaj komentarz

UA-120295791-1