Po meczu z Facundo Arguello dostałem sporo wiadomości, w których życzono mi połamania nóg. Taka rzeczywistość.

Filip Kolasiński to tenisista, który ma za sobą udaną karierę juniorską. W rankingu ITF był notowany w TOP 100 (z wywiadu dowiecie się, że nie traktuje tego, jako spore osiągnięcie), miał okazję dowiedzieć się, jak wygląda wielkoszlemowa atmosfera za sprawą udziału w US Open. Oceniając przebieg wywiadu, należy go zaliczyć do grona “samograjów”. Na takie rozmowy nie trzeba przygotowywać pytań, bowiem rozmówca sam przechodzi do kolejnych wątków i robi to bardzo dbale.

(Wywiad przeprowadzony 11 września 2019 roku, podczas PEKAO Szczecin Open)

Michał Pochopień: Mimo, że tutaj w Szczecinie świetnie przedstawiłeś się polskim kibicom, to dla przeciętnego Kowalskiego, czy niedzielnego fana tenisa, jesteś raczej postacią anonimową, oni niekoniecznie wiedzą, kim jesteś. Mógłbyś teraz na poczekaniu stworzyć coś w rodzaju portfolio swojego tenisa?

Filip Kolasiński: Jestem Filip Kolasiński..

Czekaj, czekaj! Myślę, że to akurat czytelnicy w tej fazie wywiadu będą już wiedzieć! (śmiech)

Tak naprawdę w tenisa gram już od dłuższego czasu, to jest już 13 rok mojej zabawy. W profesjonalną stronę poszło to trzy lata temu – zawsze w swojej kategorii wiekowej byłem w TOP 10, TOP 8 w Polsce, ale wiadomo, że ma to zupełnie inne znaczenie w wieku 13 czy 14 lat. Do przodu poszło to wspomniane trzy lata temu, gdy zacząłem współpracę z Piotrkiem Gadomskim. Przez to, że on jest partnerem Urszuli Radwańskiej, miałem również okazję czerpać wzorce od najlepszych, zobaczyć, jak wygląda profesjonalizm na najwyższym poziomie.

Myślę, że za mój największy sukces mogę uznać juniorski US Open w zeszłym roku – sam start w tych zawodach był wywalczony rzutem na taśmę. Mimo, że nie dostałem się do turnieju głównego, przegrałem w finale eliminacji, to jednak zagranie w turnieju wielkoszlemowym było spełnieniem marzeń.

Kolejny skalp to wczorajsze zwycięstwo (pokonanie Louisa Wesselsa w pierwszej rundzie PEKAO Szczecin Open – przyp. autor). Z moim rankingiem nie miałem żadnych szans, aby zagrać w eliminacjach takiego turnieju, ale dzięki temu, że miałem dobre lato, dostałem taką szansę. Specjalnie mówię o dobrym lecie, bo utrzymałem dobra formę przez dłuższy okres czasu i zacząłem zdobywać pierwsze punkty do rankingu ATP. Oczywiście, wygranie rundy na 15-stce czy 25-tce nie brzmi na ogromny sukces – dla wielu to codzienność, ale ja zwracam większą uwagę na swoja grę i klasę rywali, jakich pokonywałem. Myślę, że dzięki temu, iż zawsze trzymam dobrą postawię, jestem profesjonalny i ciężko pracuje, dostałem tę dziką kartę. Sam postawiłem sobie za cel, aby tutaj dać z siebie wszystko, bo ile mamy takich szans w Polsce? Dla mnie to pierwszy taki start – w Szczecinie za wygranie meczu dostałem pięć punktów, więc to więcej, niż zdobyłem przez całą dotychczasową karierę!

Tenisowo, jest to dla mnie naprawdę bardzo dobry czas. Sam widzę to po wynikach, że w meczach z rywalami, z którymi regularnie dostawałem przysłowiowe “bęcki“, teraz jestem w stanie załapać się na grę. Ostatni czas jest dla mnie niebywałą motywacją i potwierdzeniem tego, że zmierzam w dobrym kierunku i to co robię, to właściwa droga.

Kilka razy wspomniałeś o tym naszym “polskim tenisowym lecie” – jakie jest Twoje zdanie o inicjatywie LOTOS PZT Polish Tour. Osobiście spotykam się z dwoma opiniami: jedni ją chwalą, a drudzy podchodzą do tematu z mniejszym entuzjazmem i mówią, że przecież te turnieje i tak wcześniej były, a teraz został do nich dodany wyłącznie branding.

Ja uważam, że to jest bardzo fajna inicjatywa. Myślę także, że jedna i druga strona ma rację, bo owszem – te turnieje wcześniej były rozgrywane, ale teraz to wszystko jest świetnie opakowane – jest to świetna promocja dla polskiego tenisa. Podam przykład: turniej PEKAO Szczecin Open przez wiele lat sam sobie zdołał zbudować renomę, ale dzięki cyklowi LOTOSu dowiedzieliśmy się więcej o pozostałych imprezach. Idealnie byłoby, gdyby w cyklu znalazłyby się kolejne turnieje.W tym roku mieliśmy sytuację, że przez cały okres letni polscy tenisiści mogli rywalizować na ojczystej ziemi. Nie trzeba dużo podróżować, można dwa czy trzy dni wcześniej przyjechać na turniej, zapoznać się z obiektem. To są niby detale, ale ma to ogromne znaczenie, czy grasz w Polsce, czy musisz lecieć do Egiptu i dokładnie liczyć koszty. Ja całym sercem wspieram LOTOS PZT Polish Tour i jestem jak najbardziej za.

Uważasz, że w ciągu tych trzech, czterech miesięcy, kiedy rozpoczął się ten cykl, zaliczyłeś stricte tenisowy progres, czy spore znaczenie miało podejście mentalne? Wiesz – miałeś ten swego rodzaju luz psychiczny, bo dostałeś kilka szans i nie miałeś z tyłu głowy myśli typu: jeśli nie wykorzystam tej szansy, to na kolejną będę musiał czekać kilka, czy kilkanaście miesięcy.

Wiesz co, powiem tak: podczas tych wakacji dostałem parę szans i jestem za to bardzo wdzięczny. Jest to świetna nagroda i pokazanie, że ktoś docenia Twoją pracę. Osobiście stawiam na profesjonalizm, bardziej na drogę schodków, niż windy. Nie mogę powiedzieć, że podszedłem do tego na luzie, albo, że coś zaskoczyło. Po prostu myślę, że sumienna praca przyniosła efekty. Już jakiś czas temu czułem, że podnoszę swój poziom, ale brakowało ogrania i kilku meczów na styku, które zakończyłyby się moim zwycięstwem. Nic tak nie buduje tenisisty, jak to, że jest się w stanie przenieść poziom treningowy na mecz. Pewnie wrócimy do tego w dalszej części rozmowy, ale ja do polskich turniejów podchodziłem w innej sytuacji – już od końca marca, początku kwietnia wiedziałem, że wyjeżdżam we wrześniu na studia do USA. Dlatego nie miałem aż tak wielkiej presji by te wyniki robić już teraz.

Z tego powodu również wywiązała się dyskusja, że po co mi dawać dzikie karty, skoro wyjeżdżam..

Tak, dokładnie. Takiego zdania jest trener Kamila Majchrzaka, Tomasz Iwański, który wyraźnie skrytykował osoby, które przyznały ci te kilka specjalnych przepustek do udziału w turniejach.

Więc przechodząc płynnie do tego tematu, powiem tak: częściowo się z tym zgadzam, ale częściowo nie. Rozumiem, że tenisista idąc na studia, zabiera sobie w pewnym stopniu możliwość rywalizacji na arenie międzynarodowej, ale idąc tym tokiem myślenia, amerykańska federacja także nie powinna dawać dzikich kart studentom na US Open

Dobry argument, bo przecież Jenson Brooksby, który studiuje na Uniwersytecie Baylora, był objawieniem tegorocznej edycji. Najpierw przebrnął przez eliminacje, a potem w turnieju głównym pokonał Tomasa Berdycha.

Co więcej – w eliminacjach – na dziewięć dzikich kart, osiem z nich dostali byli studenci, albo osoby nadal studiujące. I to nie dotyczy tylko Amerykanów – Paul Jubb dostał dzikie karty do wszystkich brytyjskich turniejów na trawie! Wracając do tematu moich dzikich kart – uważam, że w Polsce nie mamy takiego komfortu, aby wybierać w tym, komu tę dziką kartę dać.

Tak – inna sprawa, gdybyśmy mieli 10 tenisistów na Twoim lub wyższym poziomie, a i tak Ty, jako wyjeżdżający na studia, dostałbyś tę dziką kartę. U nas sytuacja jest jednak zupełnie inna i za bardzo nie było w kim wybierać.

Mi się wydaję, że z taką opinią Tomasza Iwańskiego moglibyśmy się zgodzić, gdybyśmy mieli zdecydowanie liczniejszą grupę solidnych tenisistów, a przecież nasza trzecia rakieta jest notowana na pozycji 500-600. Dlatego, jak przychodzi taki turniej, to trzeba długo myśleć, komu przyznać dziką kartę, aby ona się nie zmarnowała”, chociaż nawet przegrany mecz daje bezcenne doświadczenie.

W pewnym momencie dotarłem do ściany, nie mogłem się przebić

Kilka razy już chciałeś przechodzić do tematu studiów, więc poruszmy go na dobre. Zacznijmy od początku – jak w ogóle do tego doszło, ze taki pomysł pojawił się w Twojej głowie?

Rozważania o studiach w Stanach Zjednoczonych rozpocząłem w październiku ubiegłego roku. Nie ukrywam, że jednym z głównych czynników, był czynnik finansowy. Jestem bardzo wdzięczny moim rodzicoza ogromne wsparcie na wszystkich płaszczyznach. Bez nich nigdy nie wspiąłbym się obecny poziom. Do tego mam świetną ekipę – nie sądzę, czy mógłbym sobie znaleźć lepszych ludzi dla siebie – jestem bardzo zadowolony z współpracy z moim trenerem, Piotrem Gadomskim, od dwóch lat poza kortem pracuję także z Piotrem Molasym, świetnym ekspertem od przygotowania fizycznego, a także psychologiem Michałem Dąbskim. Z taką ekipą zrobiłem ogromny progres, bez wątpienia uważam, ze jest to „mistrzowski team”Ale profesjonalizm kosztuje. Przechodząc do sedna, moi rodzice postawili mi sprawę jasnoNie wiedzą, czy będą w stanie finansować moja karierę przez kolejne kilka lat, a patrząc na to, że wiek wchodzenia do TOP 100 oraz średnia wieku w tym gronie ciągle rośnie, to chciałem uniknąć sytuacji, gdy będę się rozwijać, będę w TOP 300-400 i nagle okaże się, że nie będę miał środków na dalszą grę i jedyną alternatywą będzie zostanie trenerem tenisa. A na studia zdecydowałem się nie tylko dlatego, że będą one dla mnie drugą opcją, gdyby nie wyszło w sporcie, ale dlatego, że w Stanford będę miał świetne warunki. Do dyspozycji będę miał trzech trenerów, z których dwóch było w TOP 50 na świecie. Wiadomo, to nie jest żaden wyznacznik, ale takie doświadczenie na pewno pomaga. Podejrzewam, że nie licząc pensji trenerskich, bo to inna bajka, uczelnia w Stanford ma roczny budżet na poziomie Polskiego Związku Tenisowego, co powinno nam sporo zobrazować.

Do tego dochodzą warunki do trenowania, które są ŚWIETNE. W Kalifornii w ciągu roku jest zaledwie kilka dni, kiedy trzeba trenować w hali. W Warszawie mamy dwa odkryte korty z twardą nawierzchnią. To jest żartzwłaszcza patrząc, ile turniejów rozgrywa się w takich warunkach. Dodatkowo mam do dyspozycji trenerów od przygotowania motorycznego, masażystów, fizjoterapeutów, dietetyków, psychologów i cały dział medycyny sportowej, który dba o to bym mógł rywalizować bez kontuzjiW Polsce o takich warunkach do rozwoju możemy jedynie pomarzyć. Jestem pewny, że tam, nie będzie mi niczego brakować. Począwszy od wspomnianych warunków, kończąc na chociażby sparingpartnerach. Jasne, mamy w Polsce kilkunastu tenisistów na dobrym poziomie, to jednak wielu z nich jest w rozjazdach, albo są tacy, którym za treningi trzeba po prostu zapłacić, bo powoli odchodzą od zawodowego grania. W Stanford natomiast będę miał 12 zawodników, którzy maja identyczny grafik, przy których będę mógł się ciągle rozwijać i z nimi trenować.

Wielkim pytaniem, które sobie ciągle zadaję, jest to, jak będę sobie radzić z łączeniem nauki z tenisem. Na uczelni trener z zawodnikiem może spędzić 20 godzin tygodniowo. Poza tym można samemu trenować na siłowni, spędzać czas na korcie z innymi zawodnikami (bez trenerów). Obecnie trenuję pięć, sześć razy w tygodniu po około cztery, pięć godzin, dlatego uważam, że ta intensywność aż tak bardzo nie spadnie.

Miałeś już okazję być w Stanford, aby wykonać swego rodzaju rekonesans?

Tak, miałem szansę tam pojechać na wizytę, a chcę też wspomnieć o tym, że moim głównym założeniem było to, abym to ja wybierał szkołę, a nie szkoła mnie. Nie ma co ukrywać, że to jest uczelnia z absolutnego topu – druga czy trzecia na świecie. Czuć tam ogromne wsparcie. Trener powiedział mi wprost, że działa tam coś na zasadzie “mentoring club”, który składa się z kilkudziesięciu wpływowych osób. Oni mówią: “Filip, jeśli chcesz skończyć karierę, to znajdziemy ci świetną pracę”, albo: “Jeśli nadal chcesz grać w tenisa, to pomożemy ci finansowo i logistycznie żebyś odniósł sukces“. To daje ogromny komfort.

***

Ważne jest również znalezienie sponsora, co w Polsce jest trudne. Jeśli się to udaje, to trzeba mówić o sporym szczęściu. Bez tego trudno ruszyć dalej. Jakby to policzyć i zrobić to na profesjonalnym poziomie, potrzebujemy około 10-12 tysięcy złotych miesięcznie. Obecnie sam talent nie wystarcza. Turniejów ITF Futures jest około 10-15 tygodniowo. Zawsze udaje się znaleźć coś w okolicach Polski. Gorzej jest, jak trzeba wejść na poziom ATP Challenger Tour. Mój trener miał ten problem, że w ciągu roku udało mu się załapać na sześć, siedem takich imprez, ale co z tego, jeśli odbywały się one w Australii czy innych odległych zakątkach, a to oznacza jedno – ogromne wydatki.

Przejdźmy dalej – my jako Polacy nie możemy liczyć na duże wsparcie, jeśli chodzi o turnieje, co jest swego rodzaju ułomnością, że mamy trzy Challengery. Mój przeciwnik, Giulio Zeppieri, z którym grałem na eliminacjach do US Open, dostał osiem dzikich kart do Challengerów we Włoszech. Tymczasem nasze pojedyncze występy w tego typu imprezach wiążą się z ogromną presją.

W jednym z wywiadów dobrze to opisał Jan Zieliński, który powiedział, że Włoch po niewykorzystaniu szansy się nie podłamuje, bo wie, że za kilka tygodni znów dostanie dziką kartę. Ty natomiast masz świadomość tego, że debiutujesz w takim turnieju, co już samo w sobie jest dla Ciebie czymś niewiarygodnym, masz także z tyłu głowy to, że taka okazja szybko może się nie natrafić.

Wróćmy do tematu wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Jak to wyglądało w Twoim środowisku – wszyscy byli za tym, abyś próbował swoich sił za oceanem?

Pomysł studiów zawsze był gdzieś w tle. Gdy miałem 17 lat, zaczęło się, jak ja to nazywam “stalkowanie” mnie przez trenerów wszelakich uczelni. Na Messengerze mogłem przewijać i przewijać te oferty! (śmiech). Przez pewien czas w ogóle nie rozpatrywałem takiej opcji, bo szło mi dobrze, wszedłem do TOP 100 ITF, ale taka propozycja wyszła ze strony rodziców, którzy stwierdzili, że to byłoby najlepsze rozwiązanie. Ale tak, jak mówię – myślę, że dostanie się do takiej uczelni, otwiera przede mną wiele drzwi. Mamy świetną drużynę i liczę, że będziemy się bić o najwyższe cele.

Cieszy mnie to wszystko, bo poświęciłem dużo czasu i pracy, aby znaleźć się w miejscu, w którym moja kariera będzie mogła pójść do przodu. Jestem na to gotowy, bo ostatnie lata pomogły mi poprawić moją świadomość. Dzięki temu wiem, że nawet, gdy czasami trzeba będzie zrobić trening samemu, będę w stanie to zrobić. Z drugiej strony bez tej świadomości jest trudno, bo jak wiemy – w Stanach Zjednoczonych pokusy pojawiają się na każdym kroku, dlatego trzeba się pilnować.

Mimo, że studia trwają cztery lata, to ja jednak nie zobowiązuję się do tego, iż w Stanford spędzę cały ten okres. Mogę po roku stwierdzić, że to jednak nie to, i wrócę do Warszawy. Albo po dwóch latach uznać, iż mam odpowiedni poziom tenisowy i muszę zacząć walczyć na zawodowych kortach. To co, mnie przyciągnęło do Stanford to fakt, że dla nich najważniejsze jest dobro zawodnika. Trener mówi: “Słuchaj Filip, dla mnie większym sukcesem będzie, gdy zobaczę Cię na Wielkim Szlemie, a nie to, że drużyna wygra rozgrywki”.

Jest coś takiego, co przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych spędza Ci sen z powiek, coś, czego się obawiasz?

Powiem wprost – teraz, przy obecnych obciążeniach treningowych, pod koniec dnia byłem wyczerpany. A do tego dojdzie nauka i wykłady, dlatego spodziewam się, że pierwszy semestr będzie dla mnie trudny i zajmie mi sporo czasu, zanim poczuję się dobrze w tej nowej rzeczywistości. Po kilku miesiącach chciałbym już wiedzieć, jak tym wszystkim balansować – kiedy będę mógł trochę odpuścić z nauką, albo analogicznie z tenisem.

Patrząc na Twoją grę, na myśl od razu nasuwa się jedno słowo. Konsekwencja. Jak je rozumiesz?

(śmiech) Mogę tutaj pozdrowić swojego trenera, który metodą kija, nie marchewki, mnie jej nauczył. A już poważnie, to uważam, że ta konsekwencja była kluczem do tego, abym na meczach pokazywał swoje najlepsze oblicze. Przez długi czas mi tego brakowało, przez co miałem problem z ukazaniem mojego poziomu treningowego na turniejach. Dodatkowo jestem także dużo bardziej spokojniejszy – mając swoją taktykę i styl, jestem konsekwentny w tym, co robię na korcie. Konsekwencja polega na tym, że po trzech nieudanych gemach nie rezygnuje się z wcześniej założonego planu, trzeba dać szansę temu, co się chce pokazać i długofalowo daje to dobre efekty. W moim przypadku jest to bardzo skuteczne, a dla mnie skuteczność jest najważniejsza.

Gdybyśmy się mieli spotkać za rok..

Mam nadzieję, że za rok ponownie zobaczymy się w Szczecinie!

.. w jakim położeniu chciałbyś się znaleźć? Co byłoby dla Ciebie kluczowym aspektem?

Myślę, że chciałbym się znaleźć w takim momencie, w którym będę w stanie spokojnie godzić sport z nauką. Nie mówię tutaj o wynikach i rankingach, bo ja wybrałem tą dłuższą drogę, więc moja kariera teraz będzie tak jakby w zawieszeniu. Ja stawiam na rozwój. Jak się spotkamy za rok, to mój ranking może ucierpieć, ale jeśli będę czuł, że podniosłem swój poziom, to będę zadowolony. Przez najbliższy rok będę grał praktycznie tylko na kortach twardych, co może mi wyjść tylko na dobre. Jak wiadomo, osobiście najlepiej czuje się w defensywie, więc na tej nawierzchni będą miał okazję poprawić się w innych aspektach. Dlatego, jeśli utrzymam to, co potrafię teraz i poprawię się w ofensywie, to znajdę się dwie półki wyżej.

Patrzę na ten wyjazd z optymizmem, bo przede wszystkim będę mógł się rozwijać w obszarach, w których na mączce trudno to zrobić. Nie ma co ukrywać, że taka solidna gra i regularność, na mączce jest bardzo przydatna. Natomiast na hali, czy szybkim betonie, z taką taktyką trudno byłoby cokolwiek wskórać. W Stanach Zjednoczonych dużą wagę przykłada się też do debla, w końcu bracia Bryanowie skończyli uczelnię w Stanford.

Obecnie najgłośniejszym nazwiskiem w tenisowej drużynie Stanford jest Axel Geller. Argentyńczyk to były lider juniorskiego rankingu ITF oraz dwukrotny finalista juniorskich imprez wielkoszlemowych. Jak dla mnie tenisista, który po kilku miesiącach zawodowych startów mógłby osiągnąć poziom TOP 200-300. Tymczasem on nie bał się wybrać tej dłuższej drogi i teoretycznie opóźnić swój sukces, jeśli można tak powiedzieć. To również dobrze świadczy o wizji uczelni, która jest w stanie go zachęcić do pójścia tą wspomnianą dłuższą drogą.

Mi się wydaje, że to przede wszystkim pokazuje, że poziom tenisowy na uczelniach w Stanach Zjednoczonych jest wysoki, dlatego nie obawia się tego, że to będzie dla niego stracony rok. Przecież często się zdarza, że studenci dostają dzikie karty do Challengerów, czy Futuresów i robią tam dobre wyniki, co nie jest dla nikogo zaskoczeniem.W kontekście pójścia na studia ważne jest też wsparcie krajowej federacji, która zapewnia, że nie zostawi Cię samego. Przykładem jest Paul Jubb, który wygrał indywidualne mistrzostwa NCAA, pojechał do Wielkiej Brytanii na wakacje i seryjnie dostawał dzikie karty do tamtejszych imprez.

W kontekście jego występu w Wimbledonie pojawiały się pytania, czy nie powinien zrezygnować ze statusu studenta i wziąć 50 tysięcy funtów, które mu się należały za udział w tych zawodach. To się może wydawać kosmiczną kwotą, natomiast ja mogę powiedzieć wprost, że moje stypendium na cztery lata jest warte 300 tysięcy dolarów, więc łatwo można to przekalkulować i stwierdzić, że porzucenie studiów się nie opłaca.

Wrócę jeszcze raz do opinii Tomasza Iwańskiego, z którą się nie zgadzam. Według mnie nie można dyskredytować tenisisty tylko dlatego, że decyduje się na wyjazd na studia. Jeżeli ten ktoś ma poziom większy od kogoś, kto nie idzie na studia, to i tak zasługuje na dziką kartę. Polski Związek Tenisowy już od kwietnia wiedział o tym, że wybieram się na studia, a pomimo to dostałem kilka dzikich kart. Natomiast, gdyby to byli ludzie z podejściem i mentalnością, jak Iwański, którego bardzo szanuję, to tych szans zapewne bym nie otrzymał.

U nas w kraju uważa się, że tenisista będący w TOP 100 juniorskiego rankingu ITF osiąga duże sukcesy, musi iść w zawodowe starty, a tak naprawdę takich zawodników jest mnóstwo. Fajnie jest wystąpić w tych juniorskich imprezach wielkoszlemowych, ale później trzeba wejść na poziom Futuresów i wielu z nas zderza się ze ścianą. Po kilku latach taki człowiek wpada w depresję, bo nie potrafi regularnie wygrywać meczów. Tymczasem ja po czterech latach na studiach będę dużo bardziej dojrzały i doświadczony. Musimy pamiętać, że w zawodowym tenisie trzeba się zmierzyć z chociażby ofertami match-fixingu czy hejtem. Po meczu z Facundo Arguello dostałem sporo wiadomości, w których życzono mi połamania nóg. Taka rzeczywistość.

Będąc w czubie rankingu juniorskiego masz wszystko, co Ci potrzeba. Nagle musisz zacząć wojować z całym światem, grać w ITFach, gdzie spotykasz się z krzywymi kortami, często musisz spać w obskurnych hotelach, taksówkarze chcą Cię oszukać na każdym kroku. Jest to prawdziwe zderzenie się ze ścianą, dlatego ja do tego chcę dojrzeć poprzez ogromne doświadczenie, którym dla mnie będą studia.

fot. PEKAO Szczecin Open / Harjanto Sumali

Dodaj komentarz

UA-120295791-1