O tym, jak Djokovic i Federer dali mu nadzieję. Przez Harvard do spełniania marzeń

Urodzony w Serbii, w Belgradzie. Wychowany na Malcie, a reprezentujący Chorwację. Jako nastolatek przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie grę w tenisa łączył z nauką. Robił to na tyle dobrze, że nie zadowolił go licencjat zdobyty na Uniwersytecie w Princeston, przez co edukację kontynuował na Harvardzie – najlepszej i najbogatszej uczelni na całym świecie. Gdy wydawało się, że jego świat będzie kręcił się wokół Wall Street, to dwóch gości – a dokładnie Novak Djokovic i Roger Federer, nieświadomie zasugerowali mu, aby się zastanowił nad tym, co chce robić w życiu.

Kilka razy zabierałem się do opisania historii Matiji Pecoticia, którego kojarzę z pierwszego okresu mojej miłości do tenisa, gdy zaznajamiałem się z jak to nazywam – tenisowymi peryferiami – i nie do końca wiedziałem co, z czym się je. Jednak już wówczas oglądanie transmisji z turniejów rangi ATP Challenger Tour nie było mi obce, a tam, co jakiś czas przewijało się nazwisko reprezentanta Chorwacji, który jednak, jak dotychczas, nad Morzem Adriatyckim nie spędził zbyt dużej części swojego życia.

Przez Maltę do jednej z najlepszych uczelni na świecie

Pecotić na świat przyszedł na terenie obecnej Serbii, w Belgradzie. Następnie, przez pierwsze pięć lat swojego życia, wraz z rodziną mieszkał w Chorwacji.Później rodzina Pecotić przeniosła się na Maltę i tam rozpoczęła się jego tenisowa przygoda. Jako, że Matija nie pochodzi ze sportowej rodziny – jego ojciec był znanym ortopedą – to tenis nie był oczywistym wyborem. Zaczęło się bardzo niewinnie – jego ojciec grywał w “biały sport” rekreacyjnie, a później bakcyla złapała starsza o dwa lata siostra Matiji, Gorana. Ona jednak długo nie wytrzymała w pasji, gdyż wybrała pielęgniarstwo, ale młodszy z dzieci trwał w pasji.

Pierwsze miesiące, a nawet lata, jego przygody z tenisem nie wskazywały, aby miało wyjść z tego coś poważnego. Po pierwsze – Malta to nie jest kraj, gdzie istnieją jakiekolwiek tradycje tenisowe. Owszem, warunki do trenowania na pewno nie są najgorsze, ale zaplecze potrzebne do rozwoju nie stoi, a już na pewno nie stało na wysokim poziomie 10 czy 15 lat temu. Poważniejsza, jeśli wówczas można było ją tak nazwać, przygoda Pecoticia, rozpoczęła się dopiero w wieku 16 lat, kiedy zaczął brać udział w juniorskich turniejach ITF.

Powiedzieć, że wyniki były mało obiecujące, to nic nie powiedzieć. Reprezentant Chorwacji nie stał się wyróżniającym juniorem, nigdy nie zdołał przebić się do turniejów Grade 3, nie mówiąc o 1, czy 2. Z różnym szczęściem na przełomie kilku lat sprawdzał się w “czwórkach”, czy “piątkach”, co jednak nie pozwoliło mu wejść chociażby do TOP 1000 rankingu ITF.

Malta to świetne miejsce do życia, ale już niekoniecznie najlepsza baza treningowa dla tenisisty, który miał marzenia. Marzenia, które chciał spełniać. Pecotić stwierdził, że dlaczego miałby nie spróbować dostać się do amerykańskiej uczelni? Pozycji wyjściowej jednak nie miał najlepszej, bowiem trenerzy z wszelakich uniwersytetów nie dobijali się do niego drzwiami i oknami, tylko musiał sam znaleźć sposób na to, aby ich do siebie przyciągnąć. – Już przed ukończeniem szkoły średniej myślałem nad wyjazdem z Malty. Byłem zainteresowany wyjazdem na studia do Stanów Zjednoczonych i zbierałem informacje na ten temat. Postanowiłem wysłać kilka filmików z moich meczów oraz treningów do 200 uczelni. Liczyłem, że tenis pomoże mi w dostaniu się na studia – powiedział Pecotić w jednym z wywiadów udzielonym chorwackiej prasie.

Trzeba mu przyznać, że dar przekonywania miał niezły, bowiem przyjęto go na Uniwersytet w Princeton, który rokrocznie jest wybierany do pierwszej piętnastki najlepszych uniwersytetów świata. Tam nie tylko świetnie sobie radził jako tenisista – bo trzykrotnie został wybrany zawodnikiem roku, ale także zdobył licencjat na wydziale politologii i finansów. Z Princeton droga na Wall Street była bardzo prosta, jednak Pecotic postanowił zaryzykować i dać sobie szansę w tenisie. O ryzyku, jakie podjął najlepiej świadczy fakt, że pierwszy oficjalny mecz na poziomie ITF rozegrał dopiero w 2012 roku, gdy miał już ukończone 23 lata. To pokazuje, że mimo, iż tenis od zawsze był w jego życiu, to niekoniecznie był pierwszym wyborem.

Wszyscy postrzegają Australię jako kraj tenisowy, ale tak jest ze względu na Australian Open

Trzy lata na zrobienie kariery

Pecotić zawodowe starty na dobre rozpoczął w 2014 roku. Chociaż trudno było o jakieś przesłanki i perspektywy w kontekście jego marszu w górę rankingu ATP, on postawił przed sobą jasny cel. – Wyznaczyłem sobie cele. W pierwszym sezonie zawodowym chciałem być w TOP 600, w drugim w TOP 300, a w trzecim roku moim celem było wejście do TOP 100. Jeśli mi się nie uda, poświęcę się biznesowi. To był mój plan.

Ci, którzy po jego pierwszych meczach w zawodowym cyklu, przecierali oczy ze zdziwienia i pytali: “Do diaska, kto to jest?”, mogli być potężnie zdziwieni, gdy Pecotić już w drugim roku regularnych startów wdrapał się na 206. miejsce na świecie. Wszystko wskazywało, że jego plany – choć dla wielu wyimaginowane – mogą mieć odniesienie w rzeczywistości. Na drodze stanęły jednak problemy zdrowotne, które raz po raz wykluczały go z gry na coraz dłuższy okres.

Choć Pecotić w 2016 roku zadebiutował w eliminacjach do turnieju wielkoszlemowego (US Open), to jednak nie był to dla niego dobry rok. Łącznie wziął udział jedynie w sześciu turniejach, a w częstszych startach przeszkodziło zdrowie, a raczej jego brak. Chorwat musiał się poddać dwóm operacjom, które łącznie zabrały mu ponad 15 miesięcy tenisowego życia. Jako, że Pecotic nie jest osobą, która chce tracić czas, postanowił nie stać w miejscu i rozpocząć kolejne studia.

O ile Princeston to jedna z najlepszych uczelni na świecie, tak Harvard to bezapelacyjnie najlepsza uczelnia na świecie. Pecotić właśnie tam, na uniwersytecie, który ukończyli byli prezydenci Stanów Zjednoczonych – George W. Bush i Barack Obama – chciał zdobywać kolejne doświadczenie. I zrobił, tak, jak sobie zaplanował. W latach 2017-2019 uczył się na najlepszej szkole biznesowej na świecie, a przy okazji wrócił do tenisa i w drużynie Harvardu znów robił, to co kochał.

Wall Street czy biznes tenisowy?

Gdy wydawało się, że Pecotić świetnie czuje się w świecie biznesu i rozwijanych przez niego projektach, ciągle coś lgnęło go do tenisa. Zaczęło się niewinnie – Novak Djokovic, który w przeszłości zapraszał go do wspólnych treningów, chciał to powtórzyć także podczas US Open w 2018 roku. To był pierwszy moment, gdy coś w nim zaczęło pękać. Coraz częściej rozmyślał o powrocie do zawodowych startów. – Pomyślałem sobie: “Człowieku, grasz z Novakiem Djokoviciem, spróbuj jeszcze czegoś w tym tenisie!” I tak zrobiłem.

Czas na kolejne treningi nadszedł w 2019 roku, kiedy to Pecotić miał okazję “odbijać” w Indian Wells z Rogerem Federerem i Stefanosem Tsitsipasem. Grek był wówczas dziewiąty na świecie, a sparing z Chorwatem wygrał dopiero po tie-breaku. Tsitsipas nie chciał dać mu spokoju i atakował go stwierdzeniem, że grał na poziomie TOP 30 na świecie. Wtedy Matija ostatecznie stwierdził, że nadszedł czas na “zrobienie czegoś w tenisie”.

To nie było tylko potwierdzenie, ale także utwierdzenie w przekonaniu. Treningi z Rogerem Federerem, Novakiem Djokoviciem i Stefanosem Tsitsipasem wyeliminowały moje dotychczasowe wahania, które dotyczyły tego, czy skupić się na Wall Street czy wejść w biznes tenisowy – opowiadał Pecotić, który pierwszy mecz w tourze, po ponad dwóch latach przerwy, rozegrał w turnieju ITF w meksykańskim Cancun.

Po dwóch latach przerwy – od gry w prekwalifikacjach do wygrania tytułu

Pecotić zmagania w Cancun, na najniższym poziomie tenisowych peryferii, czyli w turnieju rangi ITF o puli nagród 15 tysięcy dolarów, rozpoczął od udziału w prekwalifikacjach, które wygrał. Później nadszedł czas na dwustopniowe eliminacje i w końcu główną drabinkę. 30-latek nie miał sobie równych w stanie Quintana Roo, gdzie przegrał tylko jednego seta, a w finale rozbił wówczas 457. na świecie Camilo Ugo Carabelli’ego 6:2, 6:1.

“Tenisowe peryferia” to bardzo dobre określenie na to, jakie miejsca Pecotić upatrywał sobie na kolejne starty. Chorwat za grosz nie miał parcia na szkło i starał się grać tam, gdzie o punkty było teoretycznie najłatwiej – po ponad miesiącu od powrotu w Cancun, zagrał w Portugalii. Później gościł w Irlandii, czy ponownie w Meksyku, ale również w Serbii, Libii, Turcji, Grecji, Katarze, czy Libanie. W 2019 roku zdążył również zaznać smaku powrotu do rozgrywek ATP Challenger Tour – we wrześniu dostał dziką kartę do imprezy w Banja Luce, gdzie doszedł do trzeciej rundy.

Reprezentant Chorwacji rok zakończył z pięcioma wygranymi turniejami ITF, co oznacza, że w ciągu kilku miesięcy zdołał przebić swoje dokonania ze wcześniejszych lat kariery. Sezon zakończył z bilansem 46-8 i jako 396. tenisista rankingu ATP.

Pecotić tempa zwalniać nie zamierza również w obecnej kampanii, którą rozpoczął od wygrania turnieju ITF w Nonthaburi. W tajlandzkim mieście rozegrał jeszcze jeden turniej, ale tym razem w półfinale musiał uznać wyższość Benjamina Bonziego. Dobry początek 2020 roku wlał w niego dozę optymizmu, bowiem stwierdził, że znów jest gotowy do gry na poziomie ATP Challenger Tour.

Krótka piłka 🎾 – chcielibyście jutro przeczytać nowy artykuł na blogu? Z cyklu moja specjalność – dla wielu anonimowy…

Opublikowany przez Serwisa nę zewnątrza – tenisowego boga Michałę Pochopnia Niedziela, 16 lutego 2020

Obecnie 343. tenisista globu, po 579 dniach, znów zagra w rozgrywkach wyższej rangi, niż ITF. Celowo pominąłem ubiegłoroczny występ w Banja Luce, gdzie zagrał dzięki dzikiej karcie, bowiem Pecotić to człowiek, który lubi brać sprawy w swoje ręce. Czy to wtedy, gdy jako anonimowy junior z Malty zamarzył wyjechać na studia do Stanów Zjednoczonych, czy wtedy, gdy zaryzykował i zrezygnował z bycia częścią legendarnej Wall Street na poczet spełniania marzeń. Reprezentant Chorwacji w poniedziałek zainauguruje zmagania w turnieju ATP Challenger Tour w Bergamo, gdzie dostał się dzięki rankingowi i dokonaniom z ostatnich tygodni. Czy da się mu nie kibicować po poznaniu tej historii, która daje nam przynajmniej kilka życiowych lekcji:

Gdy się coś kocha, to trzeba dążyć do spełniania marzeń.

Nawet, jeśli statystyki mówią, że jest za późno, nie wierz w to. Przekonaj się o tym na własnej skórze.

Idź za głosem serca.

Moi mili, oto Matija Pecotić.

1 Komentarz

  • royston 18 lutego 2020 Reply

    piękny tekst

Dodaj komentarz

UA-120295791-1