Będzie ciężko, aby Hurkacz i Kubot razem grali w deblu

Mariusz Fyrstenberg ostatni mecz w zawodowej karierze rozegrał w 2017 roku. Jeden z najbardziej utytułowanych polskich deblistów – był szósty na świecie, wygrał 18 turniejów na poziomie ATP oraz wraz z Marcinem Matkowskim zagrał w finale wielkoszlemowego US Open – głęboko odetchnął z ulgą podczas imprezy rangi ATP Challenger Tour – Pekao Szczecin Open – gdzie we wspomnianym 2017 roku odbyła się skromna ceremonia “zawieszenia rakiety na kołku”. Bardzo ciążyła na nim konieczność ciągłego podróżowania, które miało miejsce przez kilkanaście lat. Wówczas mógł odczuć ulgę. Wprawdzie popularny “Fryta” nie próżnował na sportowej emeryturze, bo przecież pełnił funkcję dyrektora turnieju BNP Paribas Open w Sopocie, a także prowadził własną fundację, to jednak wydaje się, że dopiero teraz czeka go prawdziwy maraton pracy. W końcu kilkanaście dni temu został ogłoszony kapitanem reprezentacji Polski występującej w rozgrywkach Pucharu Davisa, a do tego najwidoczniej zatęsknił za obecnością na największych turniejach, bo wrócił do nich w zupełnie nowej roli!

Michał Pochopień: Po zakończeniu kariery odpoczywał Pan od touru – kojarzono Pana głównie z bycia dyrektorem turnieju w Sopocie. Teraz, po jakimś czasie, wraca Pan do cyklu. Wynika to głównie z tęsknoty za tym, co otaczało człowieka przez wiele lat? W końcu trenowanie pary deblowej (Fyrstenberg pracuje z duetem Fredrik Nielsen / Tim Puetz -przyp.), plus bycie kapitanem reprezentacji w Pucharze Davisa, to narzucenie na siebie sporej liczby obowiązków.

Mariusz Fyrstenberg: Powiem tak – stęskniony za samymi podróżami na pewno nie jestem, ale jako były tenisista, uważam się za osobę, która się zna na rzeczy. Zawsze mi żal byłych zawodników, którzy po zakończeniu kariery nic w tym temacie już nie wnoszą – z powodów zawodowych czy prywatnych. Osobiście po niecałych trzech latach stwierdziłem, że może warto przekazać posiadaną wiedzę. Sam ciągle utrzymywałem kontakt z tenisistami, więc mój powrót do touru, jeśli można to tak nazwać, wyszedł bardzo naturalnie. Przechodząc do tematu Davis Cupa – bardzo podoba mi się format tych rozgrywek – atmosfera w reprezentacji, towarzyszące temu wszystkiemu presja, stres i nieprzewidywalność. Jeszcze będąc aktywnym graczem, bez względu na to, jakie miałem indywidualne plany, granie dla kraju było dla mnie absolutnym priorytetem.

Uważam, że zostanie kapitanem reprezentacji to taki naturalny, fajny krok we właściwą stronę. Praca z parą deblową, którą trenuje, nie będzie w żaden sposób kolidować z byciem kapitanem. Nielsen i Puetz wiedzą, że dla mnie Davis Cup jest priorytetem, rozmawialiśmy o tym wielokrotnie i nie mają nic przeciwko. Zresztą pracy z nimi nie można nazwać pełnoetatową. Można powiedzieć, że będziemy ze sobą pracować około przez półsezonu, a dokładne terminy są uzależnione od wspomnianego opiekowania się kadrą narodową – mowa tutaj o zgrupowaniach i turniejach, na których nasi tenisiści będą występować.

Myślę, że prowadzenie Nielsena i Puetza będzie tylko pomocne w mojej pracy z reprezentacją Polski. Oprócz wyjazdów jako kapitan, oglądania tenisistów, trenowania ich oraz konsultowania z nimi przeróżnych kwestii, dodatkowo będę ich mógł wspierać naszych tenisistów podczas turniejów, na których będę z Duńczykiem i Niemcem.

Zostając w temacie trenowania Fredrika Nielsena i Tima Puetza. Jak doszło do Waszej współpracy? 

Umówiliśmy się przede wszystkim, tak jak, wspomniałem już wcześniej – priorytetem jest polski Davis Cup, a jeśli w danym tygodniu takiego zapotrzebowania nie będzie, to pomagam Nielsenowi i Puetzowi. Czeka nas około 10 tygodni wspólnej pracy w roku. A jak doszło do tej współpracy? Już po zakończeniu kariery tenisiści kontaktowali się ze mną, bo to naturalna kolej rzeczy. Oni potrzebują trenerów, a jeśli się kogoś lubiło i się z kimś miało dobry kontakt, to się do siebie dzwoni (śmiech). Ja jednak po zakończeniu kariery i tylu podróżach miałem dość. Fredrik Nielsen już wtedy wysłał do mnie zapytanie, ale nie byłem gotowy na powrót do podróżowania, oglądania meczów i analizowanie ich. Ostatnio jednak zmieniłem zdanie. Zostałem kapitanem reprezentacji Polski, więc stwierdziłem, że te obie funkcje mogą się dobrze komponować.

Ciekawostką jest to, że Duńczyk sam był (nie jestem pewny czy dalej jest) trenerem Mikaela Ymera. Czy taki układ może w jakiś sposób komplikować Wasza współpracę? Wydaje się, że trudno jest być trenerem kogoś, kto sam zarazem jest szkoleniowcem kogoś innego.

Nielsen wspierał Ymera w kilku zeszłorocznych turniejach, ale miało to jednorazowy wymiar. Obaj są ze sobą bardzo związani, Duńczyk jest dla niego niczym mentor. Byli ze sobą na paru turniejach dlatego, że albo Nielsen był kontuzjowany, albo miał przerwę w zawodowym graniu.

Czy po zostaniu kapitanem reprezentacji Polski stworzył Pan coś na wzór szerokiej kadry? Mimo, że w głównym tourze mamy tylko (albo aż) trzech tenisistów, to jednak możemy mówić o sporym zapleczu zawodników z niższego poziomu, którzy nie osiągnęli jeszcze swojego maksimum i maja potencjał, aby stać się swego rodzaju peletonem dla Kubota, Hurkacza czy Majchrzaka. Czy uważa Pan to za swego rodzaju zadanie, aby pomoc takim tenisistom, jak Żuk, Michalski czy Marek jak najszybciej zaistnieć w poważniejszych turniejach?

Oczywiście, to jest właśnie cały zamysł tego nowego programu Polskiego Związku Tenisowego, który moim zdaniem jest świetny. Zarząd PZT na czele z Mirosławem Skrzypczyńskim są bardzo skoncentrowani na naszych młodych zawodnikach. Zresztą już w najbliższym meczu, przeciwko Hongkongowi, trzonem reprezentacji będą właśnie młodsi tenisiści. W nich jest potencjał i nie są to tylko czcze słowa, co pokazał chociażby Kacper Żuk w Australii, ale nie można również zapominać o innych.

Niecodziennie gra się przeciwko wielkoszlemowemu mistrzowi. “Taki mecz buduje i pokazuje, nad czym trzeba pracować”

Bardzo fajnie, że w tym kierunku idziemy. Obecnie mamy bardzo młodą reprezentację, a tenis tak ewoluował, że tenisiści będąc starszymi osiągają swój szczyt, w wieku około 26/27 lat. Nasi zawodnicy mają jeszcze dużo czasu przed sobą, a już są relatywnie wysoko w rankingach światowych. Nie mówimy tylko o naszych topowych seniorach, ale również graczach z młodszych roczników.

Ze względu na przygotowania do Igrzysk Olimpijskich w Tokio, gdzie Hurkacz i Kubot zamierzają razem zagrać w deblu, należy się spodziewać ich wspólnych występów także w Pucharze Davisa? Teoretycznie wydaje się to być najbezpieczniejsza opcja, ale mamy przecież również Szymona Walkowa, Karola Drzewieckiego i Jana Zielińskiego, którzy zdążyli już przedstawić się w rozgrywkach ITF czy ATP Challenger Tour jako solidni debliści. Na który schemat zamierza Pan postawić? Trzeba pamiętać, że Kubot wiecznie grać nie będzie i po jego zakończeniu kariery zrobi się wakat na pozycji lidera pary deblowej.

W Pucharze Davisa będzie ciężko, aby Łukasz Kubot i Hubert Hurkacz grali razem w deblu. W końcu Hubert będzie również grać mecze singlowe. On by oczywiście sprostał temu wyzwaniu fizycznie, ale po co ryzykować jego zdrowie. Musimy o tym porozmawiać, to już są plany na przyszłość. Kadrę mamy bardzo szeroką, mamy w czym wybierać. Tak, jak powiedziałeś, Walkow, Drzewiecki czy Zieliński potrafią grać w debla, każdego z nich miałem okazję oglądać. Naprawdę fajnie to wygląda, chłopaki coraz szerzej otwierają drzwi do wielkiego tenisowego świata.Dobrze mieć taki problem dobrobytu, bo za moich czasów czasem nie było zawodników.

Jerzy Janowicz ma za sobą pierwszy rozegrany turniej po ponad dwurocznej przerwie spowodowanej kontuzją. Jako nowy kapitan reprezentacji odbył Pan z nim już rozmowę na temat potencjalnego powrotu do gry w kadrze, czy może to jeszcze za wczesna faza na tego typu pogawędki?

Rozmawialiśmy już. Ja Jurka bardzo szanuję jako zawodnika – jest to wybitny tenisista i wiem, że teraz pracuje katorżniczo – zarówno fizycznie, jak i tenisowo, Wszyscy będziemy śledzić jego powrót. Od razu jednak trzeba sobie powiedzieć, że po takiej przerwie i tylu kontuzjach, ten powrót nie będzie dla niego prosty. Dajmy mu trochę czasu, aby wgrał się w rywalizacji o punkty, również w meczach daviscupowych.

W obliczu powrotu do touru, w roli trenera, należy spodziewać się zmiany na stanowisku dyrektora imprezy BNP Paribas Open w Sopocie, czy zamierza Pan łączyć obowiązki?

Oczywiście, że zamierzam łączyć te obowiązki. Akurat turniej w Sopocie nie koliduje z żadną inną imprezą, wówczas odbędą się Igrzyska Olimpijskie, więc nie ma problemu. Co więcej – w Sopocie będzie występowało wielu naszych tenisistów, więc dobrze, że będę mógł podglądać ich poczynania z bliska. A sam turniej to dla mnie coś w rodzaju dziecka, więc zamierzam kontynuować swoją pracę na jego rzecz i brać w tym udział.

Dodaj komentarz

UA-120295791-1