Byłam w trzeciej setce rankingu, a nie miałam pieniędzy na treningi i turnieje

Katarzyna Kawa kilkanaście miesięcy temu zastanawiała się, czy nadal chce grać w tenisa. Ubiegłej zimy była w tak trudnej sytuacji, że nie było ją stać na treningi, a co dopiero na turniejowe starty. Karta się jednak odwróciła – dziś jest notowana w drugiej setce rankingu WTA i przygotowuje się do najważniejszych występów w karierze – eliminacji do wielkoszlemowych Roland Garros i Wimbledonu. Wraz z obecnie 200. zawodniczką świata porozmawiałem o ostatnich latach jej kariery, problemach, które napotykała na swojej drodze oraz o najbliższych tygodniach – czyli najlepszym, co ją będzie czekać w dotychczasowej przygodzie z tenisem..

Michał Pochopień: Jakie uczucie towarzyszyło Ci, gdy 15 kwietnia wstałaś z łóżka i zdałaś sobie sprawę, że po ponad trzech latach, poprawiłaś swoją najlepszą pozycję w rankingu WTA? Bardziej ulga, czy ogromna satysfakcja?

Katarzyna Kawa: Jak się obudziłam 15 kwietnia i wiedziałam, że poprawiłam swój najlepszy ranking, to czułam bardziej dużą satysfakcję, niż jakąś ulgę. Wiedziałam, że to wystarczy mi na dostanie się do eliminacji Wimbledonu, a granie wielkoszlemowych imprez to od zawsze moje marzenie. Mogę powiedzieć, że zeszła ze mnie pewna presja, którą sama na siebie nakładałam przez lata.

Ostatnie lata w Twoim wykonaniu śmiało można nazwać rollercoasterem. W 2016 roku osiągnęłaś 251. miejsce na świecie, ale na koniec sezonu byłaś już poza czwartą setką. W 2017 roku spadłaś o kolejną setkę niżej, a w 2018 roku byłaś nawet 780. zawodniczką globu! Co spowodowało, że po osiągnięciu najlepszego miejsca w karierze stopniowo notowałaś marsz w dół?

Jeżeli chodzi o ten – jak to nazwałeś – rollercoaster, to było to spowodowane wieloma problemami zdrowotnymi. Mimo, że byłam młoda, to jednak nie do końca potrafiłam znaleźć właściwą drogę i nie trafiłam na odpowiednich ludzi. Spadnięcie na wspomniane 780. miejsce było spowodowane koniecznością przejścia operacji barku, przez którą nie rywalizowałam przez pół roku. Kolokwialnie myślę, że właśnie to wydarzenie zadecydowało o tym, iż jestem tutaj, gdzie jestem. Weszłam na taką troszeczkę nową ścieżkę, poznałam ludzi, z którymi następnie zaczęłam współpracować. Dodatkowo zawęziłam swoją ekipę, poszłam inną drogą i uważam, że to była dobra decyzja. Cieszę się, bo aktualnie czuję, że tylko się rozwijam i mam nadzieję, że będę mogła być jak najdłużej zdrowa i dzięki temu grać, jak najlepiej.

Jak wygląda sytuacja z Twoim sztabem szkoleniowym? Na stronie ITF widnieje informacja, że trenerem jest Grzegorz Garczynski.

Grzegorz Garczyński to zarówno mój trener, jak i życiowy partner. Bardzo angażuje się w moją karierę i mnie wspiera. Swoją bazę mamy w Poznaniu. Moim trenerem od przygotowania ogólnorozwojowego jest Bartłomiej Maik. To właśnie z nim rozpoczęłam współpracę po przerwie spowodowanej kontuzją. To są najważniejsze dwie osoby w moim teamie. Na co dzień korzystamy również z pomocy innych trenerów-sparingpartnerów, którymi są Rafał Teurer i Andriej Kapaś. Nie zamykamy się nowe pomysły.

To jest walka o przetrwanie. Tenisiści robią różne rzeczy, aby przeżyć

W 2016 roku intrygowało mnie to, że będąc zawodniczką z trzeciej setki rankingu, jedynie raz zdecydowałaś się na start w eliminacjach do zawodów WTA. Może właśnie w tych turniejach trzeba było szukać swoich szans?

Czysto teoretycznie mogłam, jak najbardziej grać w większej ilości turniejów WTA. Jeśli jednak chodzi o dostawanie się do tych imprez, to nie jestem zawodniczką, która ma szczęście. Jeżeli można być ostatnią, która się do nich załapie, albo tą, która będzie pierwszą poza turniejem, to ja nią właśnie będę. I akurat tak się składało, że mimo, iż chciałam grać w nich więcej, to ja się do nich nie dostawałam. Mam nadzieję, że teraz nie będzie z tym problemu. W końcu poprawiłam ranking, więc nie będę musiała liczyć na szczęście, a tylko i wyłącznie na siebie.

Jakie myśli kotłowały się w Twojej głowie, gdy zajmowałaś 780. miejsce na świecie? Pojawiały się chwile słabości i momenty, gdy myślałaś, że może warto spróbować czegoś nowego?

Na pewno nie był to największy kryzys w mojej karierze. On nastąpił przed wcześniej wspomnianą kontuzją, która zabrała mi bardzo dużo czasu. Wówczas nie wiedziałam, czy będę chciała jeszcze grać w tenisa, czy mnie to jeszcze bawi, czy może kosztuje mnie to za wiele bólu i czy ogólnie ma to sens. Natomiast, jak już wróciłam do gry po długiej rehabilitacji, to byłam mocno zdeterminowana i 780. pozycja na świecie mnie w ogóle nie przeraziła. Wiedziałam, że gram coraz lepiej i zdawałam sobie sprawę, że to jedynie kwestia czasu, jak poprawie miejsce w rankingu.

Kwestia zarobków, to jeden z najpopularniejszych tematów, który często poruszają tenisiści i tenisistki z całego świata. Choć sport ten zawodowo uprawia przynajmniej kilka tysięcy osób, to jedynie kilkuset z nich może faktycznie mówić o zarabianiu. Jak to się ma w Twoim przypadku?

Gdyby nie fakt, że mam dookoła siebie pasjonatów, a przy okazji wspaniałych ludzi, to już dawno nie grałabym w tenisa. W Polsce, jeśli tenisista w wieku 17 lat nie osiąga wybitnych wyników, to jest po prostu niedoceniany. Nie mam sponsora, żaden klub w Poznaniu nie zapewnia mi bazy za darmo. Polski Związek Tenisowy w momencie kryzysu zamiast wsparcia poinformował mnie, że jeśli nie wykupię licencji, to wyrzucą mnie z kadry. Właściwie to już mnie chyba w tej kadrze nie ma. Swoje oszczędności z ostatnich dziesięciu lat kariery wydałam na operację, rehabilitacje i inwestycje w odbudowanie rankingu. Kryzys przyszedł tej zimy. Byłam w trzeciej setce rankingu, a nie miałam pieniędzy na treningi ani turnieje. Z pomocą przyszła rodzina, przyjaciele i Grzegorz. Pożyczyłam pieniądze na wyjazd do USA. Najbliższe mi osoby mają ogromną wiarę we mnie i jestem bardzo wdzięczna im za to, że wciąż mam szanse grać. Można chyba powiedzieć, że wykorzystałam tę szansę. Mogę odetchnąć, spłacić długi i iść krok do przodu.

Byłaś kiedyś w Paryżu? Na pewno wiesz, w jakim kontekście zadaję to pytanie..

W Paryżu nigdy nie byłam. Nigdy także nie byłam na żadnym Wielkim Szlemie. Jestem bardzo tym podekscytowana – że tam pojadę i zagram. Dla mnie to naprawdę wielka rzecz.

Spodziewałaś się, jeszcze kilka miesięcy temu, że zamiast przygotowywać się do kolejnej imprezy rangi ITF, będziesz miała realną szansę na występ w eliminacjach do jednego z najważniejszych turniejów na świecie?

Nie mogę powiedzieć, że się tego spodziewałam, ale zawsze to było dla mnie celem, aby być częścią tych imprez wielkoszlemowych. Po to od zawsze trenowałam, a już w ubiegłym roku mówiłam, że chciałabym wejść do drugiej setki rankingu WTA. Nie jest to dla mnie jakieś wielkie zaskoczenie, ale wiem, że udało mi się przekroczyć własne granice i limity.

Jesteś w 90 proc. pewna miejsca w drabince kwalifikacji Roland Garros. Traktujesz ten występ jako wejście na szczyt Mount Everest, czy zaledwie jako jedną z wielu wspinaczek?

Występ w Roland Garros traktuję jako kolejne wyzwanie. Nie jest to dla mnie coś niewiarygodnie specjalnego, a dodatkowo wiem, że nadmierna ekscytacja nie pomoże mi w osiąganiu dobrych wyników. A chciałabym je osiągać w każdej imprezie, także w zawodach wielkoszlemowych.

W Charlottesville grałaś z Lucie Hradecką. Czeszka to jedna z najlepszych deblistek ostatniej dekady – obecnie czwarta na świecie, 22-krotna triumfatorka imprez WTA, w tym Roland Garros i US Open. Jestem przekonany, że taki dorobek robi na Tobie wrażenie. Zdradzisz nam, jak doszło do tego, ze stanełyście po jednej stronie kortu? Czy po tych kilku meczach jesteś w stanie powiedzieć co zaprowadziło ją do światowej czołówki?

Prawda. Jej osiągnięcia muszę robić wrażenie. Miałam grać w tym turnieju z Kastarzyną Piter. Byłyśmy umówione na wszystkie turnieje w Stanach Zjednoczonych, ale Kasia w ostatnim tygodniu postanowiła pojechać na ITF-a na Florydę, a ja chciałam powalczyć o Roland Garros, więc zgłosiłam się do imprezy w Charlottesville. Kasia zna Lucie, bo przez pewien czas mieszkała w Pradze. Natomiast Czeszka szukała partnerki na ten turniej. Można powiedzieć, że to Kasia załatwiła mi partnerkę. Lucie gra bezkompromisowy tenis. Ma ogromna moc w każdym uderzeniu i nie boi się ryzykować. Powoduje to również dużo błędów, ale jak jest w formie i wejdzie w rytm, to praktycznie nie ma co zbierać. Gra bardzo szybko.

Wyobraź sobie, że wspólnie tworzymy poradnik dla młodej zdolnej tenisistki, która wkrótce będzie stawiać pierwsze kroki w zawodowym tenisie? Przed czym byś ją przestrzegła?

Powiedziałabym jej przede wszystkim, że nie będzie łatwo, ale dopóki będzie miała motywację i będzie ją to cieszyło, to powinna walczyć o swoje marzenia i kompletnie nie przejmować się tym, co myślą o niej inni.

Groźby. W ostatnich tygodniach, przez to, że tenisiści i tenisistki nagłaśniają temat, mówi się o tym zjawisku bardzo dużo. Nie pytam, czy otrzymujesz pogróżki, bo jestem tego wręcz pewny. Jak sobie z tym radzisz?

Otrzymuję ich naprawdę dużo. Po prostu usuwam wiadomości, komentarze i je zgłaszam. To wszystko co robię, staram się nie wchodzić w jakieś dyskusje, bo to nie ma najmniejszego sensu – przecież nawet nie wiem, z kim bym polemizowała. Staram się tym jak najmniej przejmować.

Pozostając w podobnym temacie – problemem turniejów rangi ITF jest ustawianie meczów. Co ciekawe – sprawa właściwie dotyczy wyłącznie mężczyzn – jeszcze żadna tenisistka nie została ukarana przez TIU. Jesteś w stanie to jakoś wytłumaczyć? Po prostu nie dostajecie takich propozycji, czy w 100 proc. z nich nie korzystacie?

Ustawianie meczów stało się ostatnio bardzo głośnym tematem. Osobiście nigdy doświadczyłam, ani nie spotkałam się z żadną taką propozycją. Wydaje mi się, że damski tenis jest o tyle inny, że następuje w nim wiele zwrotów sytuacji, które są naturalne. Często jestem osądzana o ustawianie meczów, dostaję nieprzyjemne wiadomości od osób obstawiających. Nie mam większego pojęcia na ten temat. Nie wiem, jak taki proceder miałby funkcjonować w damskim tenisie. Nie mogę się wypowiadać za wszystkich, ale ja w swojej karierze się z tym jeszcze nie spotkałam.

ITF Transition Tour. Daję sobie rękę uciąć, że nie będziesz pierwszym sportowcem na globie, który wypowie się o tej reformie pozytywnie. W ubiegłym roku część Twoich punktów była zdobyta w zawodach 15K, które obecnie nie wliczają się do rankingu WTA. Chyba możesz mówić o swego rodzaju szczęściu, że reformę wprowadzono akurat w 2019 roku, kiedy Ty wyszłaś z dołka i regularnie pniesz się w górę klasyfikacji..

To prawda, że miałam szczęście i jakby uniknęłam tych podzielonych rankingów. Punkty zdobyte przeze mnie w turniejach o puli nagród 15 tys. liczyły się do klasyfikacji WTA, a nie jak to ma miejsce teraz – rankingu ITF. Wydaje się, że dzięki temu było mi nieco łatwiej. Ogólnie rzecz biorąc rozumiem zamysł stworzenia dwóch rankingów, ale jest to niedopracowane. Nie może być tak, że ktoś osiąga seryjnie dobre wyniki w zawodach najniższej rangi, a nie ma dla niego miejsca w najważniejszym rankingu, czyli WTA. Gdzieś to powinno być podzielone i jakieś punkty WTA – przynajmniej od półfinałów – powinny być przydzielane. Aby wygrywać takie turnieje, to naprawdę nie jest to tak łatwe, jak się wszystkim wydaje.

Jeśli chodzi o reformę, to zrobiono wiele pozytywnych rzeczy, o których się nie mówi. Mianowicie jako plus należy uznać to, że turnieje rozpoczynają się od poniedziałku. Dzięki temu można swobodnie zaplanować sobie plan startów. Tak samo zmniejszenie drabinek do eliminacji jest dobrą zmianą. Teraz nie trzeba wygrać trzech spotkań, a zaledwie dwa, aby dostać się do głównego losowania. Są to spotkania, w których trzeci set to supertie-break, dzięki czemu nie są one tak wykańczające. Wcześniej, jak już się wygrało trzy mecze, to przed inauguracją zmagań w głównej drabince, było się naprawdę zmęczonym. Podsumowując: mamy do czynienia również z pozytywnymi zmianami, ale cała reforma powinna zostać jeszcze dopracowana.

Dodaj komentarz

UA-120295791-1